Czy nazwiemy to potocznie kwarantanną czy tez bardziej precyzyjnie samoizolacją. Tak czy inaczej, duża część z nas musiała znaleźć sobie miejsce do pracy w domu.
Home office to temat, który często ostatnio pojawia się w rozmowach. Dlatego poniżej przedstawiamy kilka przykładów, jak można zaaranżować sobie kącik do pracy albo domowe biuro.
Na początku kilka inspiracji dla szczęśliwych posiadaczy domu.
To w zasadzie nie jest kącik do pracy, to miejsce pracy dla osób, dla których home office to codzienność. Estetycznie zaprojektowane domowe biuro, ze stanowiskami dla dwóch osób. Z kojącym widokiem za oknem.
Podoba nam się przeszklenie ściany przechodzące w świetlik, ale jesteśmy też pod wrażeniem odwagi, z jaką zaprojektowano z regały przechodzące w świetle okna. To wnętrze jest dobrze zaprojektowane.
Poniżej biurko jako miejsce do pracy, zdecydowanie okazjonalnej. Fajny przykład upcyklingu. Podstawa biurka wykonana z siatki zbrojeniowej nadaje całemu meblowi lekkości. Dobre połączenie z blatem – adekwatny, korespondujący materiał. Oba materiały znaleźlibyśmy na budowie. Blat to albo kamień, albo szlifowany, barwiony beton, być może konglomerat. A za oknem przyroda.
Trzecie zdjęcie, to znowu miejsce do pracy w „pełnym wymiarze czasu”. Tu również przestrzeń podporządkowana jest oknu.
Zwróćcie uwagę, że takie wnętrze biurowe można by z powodzeniem zaprojektować w kontenerze. Postawionym na działce rekreacyjnej gdzieś za miastem. Myśleliście kiedyś o tym by odwrócić trochę zasady? Mieszkać w mieście a do pracy (biurowej) jeździć za miasto? To byłaby ciekawa koncepcja prawda?
Wersja przejściowa, ten kącik do pracy może być zarówno w domu jak i w mieszkaniu.
W poniższej inspiracji, chcielibyśmy zwrócić uwagę nie tyle na samą aranżację wnętrza. Co na sprytne rozwiązanie konstrukcyjne biurka. Zwróćcie uwagę, że blat biurka składa się wchodząc w obręb zabudowy meblowej.
Noga biurka, prawdopodobnie podparta kółkiem, a sam blat zamocowany pomiędzy półką a szafką wisząca. Inspirujące prawda?
Kącik do pracy w mieszkaniu.
Poniżej mamy juz klasyczną zabudowę meblową we wnętrzach mieszkań. W zasadzie jest to ściana „telewizyjny” w klasycznym salonie w bloku, kamienicy czy apartamentowcu. Główną rolę odgrywają tu regały i telewizor. Miejsce do pracy uzyskane jest dzięki przedłużeniu zabudowy.
Kolejna propozycja, monochromatyczna , ciemna. Mimo tego, że w sumie dużo się tu dzieje, kompozycja jest spójna. Wbrew pozorom zachowanie takiej spójności wymaga dużej dyscypliny.
Taka bardziej designerska inspiracja. Zdecydowanie należy traktować ją jako inspirujący materiał wyjściowy. Bardzo zgrabne krzesło, z pewnością nie sprawdzi się przy biurku do pracy, na dłuższą metę. Ale wygląda fajnie, przyznacie?
I ostatnia aranżacja kącika do pracy. Gdzieś na betonowej pustyni, wśród blokowisk. Miejsce do pracy, i dla dorosłego i dla dziecka, pełne kolorów, odwołań do przyrody. Naturalne materiały, jak gliniany klosz lampy i doniczka z wiszącym kwiatkiem. Biurko w prostej formie, trochę skandynawskie w stylu.
Sytuacja w ostatnim czasie nie jest zwyczajna, wiemy to wszyscy ale radzimy sobie z nią. Pandemia zastała nas z kilkoma projektami w różnej fazie realizacji. Te na finiszu nie stanowiły problemu, jednak projekt w fazie startowej albo właśnie rozpoczęty remont – realizacja pod klucz – to zupełnie inna sprawa. Nasi klienci pytają – I co teraz? Spokojnie, pracujemy dalej choć trochę inaczej.
Po pierwsze, przenieśliśmy się z pracą do domu. Tak, my też boimy się o swoje zdrowie. Po drugie, nasza praca jest ściśle powiązana z terminami, harmonogramem prac. Więc nie możemy tak po prostu wziąć sobie na przeczekanie. Po trzecie, nie możemy zostawić projektów naszych klientów i ich planów remontowych na lepsze czasy. Dlatego na nowo przemyśleliśmy organizację naszej pracy w tych nietypowych okolicznościach.
1. Do problemu podeszliśmy systemowo.
Współpraca z nami zawsze zaczyna się od kontaktu telefonicznego, e-mailowego, przez messenger albo poprzez naszą stronę internetową. Tak czy owak pierwszy kontakt finalnie zawsze sprowadza się do rozmowy telefonicznej. Tutaj nie było potrzeby wprowadzania żadnych zmian.
Następnie umawialiśmy się na spotkanie, w naszym biurze albo w domu klienta. To była nasza trochę rytualna rozmowa zapoznawcza. Rozmawialiśmy o wnętrzach, które trzeba zaprojektować, o zakresie prac – czy projekt wnętrz, czy projekt z kompleksową realizacją. I na końcu oczywiście rozmowa o tym, co się klientowi podoba a co nie. W tym etapie musieliśmy wprowadzić pewne zmiany. Jednak nie zrezygnowaliśmy z niego, po prostu robimy to inaczej. Jak?
2. Tam gdzie się da, wykorzystujemy powszechnie dostępną technologię.
Oczywiście lubimy spotkania bezpośrednie, zawsze dużo się podczas nich dowiadujemy, poznajemy ludzi a to pomaga nam w późniejszej pracy. Nie mniej jest to w sumie sprawa czysto techniczna. Rozmowy wideo, zwłaszcza w warunkach gdy każda ze stron jest u siebie w domu, też może trwać na tyle długo, by zebrać wszystkie niezbędne informacje. I przy okazji trochę się poznać.
Korzystamy oczywiście z telefonów, aplikacji WhatsApp, Messenger, Viber, Signal. Nie mniej jednak, w kwestii późniejszej współpracy, podczas omawiania praca projektowych postawiliśmy na Skype. Dlaczego? Z prostego powodu, dobrze działającej możliwości udostępniania pulpitu.
Gdy omawiamy projekt, wystarczy, że klient odbierze od nas połączenie na Skype. Następnie udostępniamy nasz pulpit z jego projektem i możemy wspólnie go oglądać w wersji 2D i 3D, omawiać i wprowadzać zmiany. To bardzo wygodne narzędzie. Być może wygodniejsze nawet niż wspólne siedzenie przy jednym komputerze.
Robiliście to już kiedyś? Nic prostrzego, wystarczy komputer z podłączeniem do internetu. Nic więcej.
3. Tam gdzie nie da się działać wirtualnie, zachowujemy maksymalne środki ostrożności.
Oczywiście, w którymś momencie może pojawić się kwestia obejrzenia próbek, doboru materiałów, itp. W takich okolicznościach mamy do wyboru, albo spotkanie z zachowaniem maksimum ostrożności – z maseczkami i rękawiczkami, albo też możemy dostarczyć z naszego magazynu (do którego dostęp mamy tylko my, czyli 2 osoby) wprost pod drzwi klienta zestawu próbek.
4. Na czas remontu bezwzględnie wymagamy opuszczenia mieszkania.
W przypadku gdy nasze zlecenie obejmuje projekt i realizacje pod klucz, oczywistym jest, że niektórych rzeczy nie da się sprowadzić wyłącznie do przestrzeni wirtualnej. Tu jednak nie wiele musieliśmy zmienić, bo podczas remontu kompleksowego klienci i tak nie powinni przebywać w remontowanych wnętrzach. Przerabialiśmy to wielokrotnie i wiemy, że to się po prostu nie sprawdza. Nawet jeśli nie remontujemy wszystkich pomieszczeń, na budowie po prostu mieszkać się nie da. Dlatego oczekujemy wyprowadzki z mieszkania na czas remontu.
5. Prace remontowe w domu klienta, to taki trochę home office.
Nasze ekipy remontowe i wyspecjalizowani wykonawcy nie spotykają się z klientami. Wszystkie kontakty i przekazywanie ustaleń, po prostu bierzemy na siebie. Gdy trzeba, zawsze jesteśmy dla współpracujących z nami fachowców. To taki nasz „dyżur pod telefonem” w czasie realizacji projektu. To w stosunku do naszych dotychczasowych standardów zmieniło się nieznacznie. Po prostu budowę odwiedzamy wtedy gdy jest to konieczne.
6. O organizacji pracy ekipy remontowej.
Jest rzeczą zupełnie normalną, że nasi wykonawcy też boją się o swoje zdrowie. Chcą więc możliwie najbardziej ograniczyć kontakty z innymi ludźmi. Gdy zaczęli niepokoić się o swoje zdrowie, ustaliliśmy żelazną zasadę. Wykonawcy różnych prac nie wchodzą na budowę jednocześnie.
Nie było to wbrew pozorom takie proste ale wszyscy zgodziliśmy się że jest konieczne. Szczegółowo planujemy poszczególne prace i dbamy o to, żeby określone etapy, wymagające różnych specjalistów, niebyły wykonywane jednocześnie. Dzięki temu, elektryk nie boi się, że zarazi się od hydraulika a hydraulik od ludzi od „demolki”. Wszyscy śpią spokojnie i praca posuwa się planowo do przodu.
7. O zamówieniach i dostawach.
Niezależnie od tego czy nasze zlecenie dotyczy projektu wnętrz, czy obejmuje projekt z kompleksową realizacją, nasi klienci zawsze otrzymują listę zakupową. Zawsze dbamy o szczegółową specyfikację niezbędnych materiałów, wraz z wyliczeniem ilości poszczególnych produktów w przeliczeniu ma m2, paczki, litry, itp. W zasadzie są to gotowe zamówienia, wystarczy zamówić i opłacić.
W większości hurtowni, marketów budowlanych czy sklepów z wyposażeniem można zamówić transport. To przecież żadna nowość. Kurier dostarcza zamówienie pod drzwi, gdzie odbiera je ekipa remontowa. Drobne elementy wystroju, w fazie aranżacji, konfekcjonujemy sami do zbiorczego transportu.
Reasumując.
Jak widzicie, nasza organizacja pracy pozwala dbać o zdrowie Wasze, pracujących z nami ludźmi i nasze własne. Dbamy żeby maksymalnie wyeliminować sytuacje stwarzające zagrożenie. Kilka rzeczy musieliśmy zmienić ale tak na prawdę zmienia się w sumie nie aż tak dużo. A to co się zmienia, to w dużym stopniu kwestia naszych przyzwyczajeń.
Jeśli więc macie w planach wykończenie swojego nowego mieszkania albo myślicie o metamorfozie starego. Nie musicie odkładać tego na później. Zagrożenie epidemiologiczne najprawdopodobniej nie minie z dnia na dzień. Po prostu trzeba dbać o zdrowie i nie rezygnować z planów, z których rezygnować nie trzeba. Trzeba ograniczyć wychodzenie z domu ale to co można zrobić nie wychodząc z niego, zrobić należy.
Do wiosny niby jeszcze daleko, nie mniej warto zacząć już o niej myśleć. To fakt, zima w tym roku nie specjalnie dała się we znaki. Być może więc nie wszyscy już tęsknią za wiosną. Ja w każdym razie zaczynam tęsknić. Jeśli też tak macie, a macie do tego jeszcze balkon, może warto już zacząć myśleć o swoim balkonie.
Wiadomo jak to jest z balkonami, jedni lubią zabawić się w ogrodnika, inni wolą balkon w stylu boho – romantycznym. Jeszcze inni są nieugięci i wciąż opierają się przy przebrzmiałej już modzie na aranżację balkonu z wykorzystaniem palet.
Chyba wszystkich jednak łączy rzeczywistość. Czyli zwykle nikczemne rozmiary polskich balkonów. Dlatego też, z pośród tysięcy fantastycznych pomysłów na aranżację balkonu dostępnych na Pinterest czy Instagram, wybrałem kilka propozycji możliwych do zrealizowania na naszych mikro-balkonach.
1. Nowoczesne wnętrza w apartamentowcu a na balkonie przaśna trzcina? Absolutnie nie!
Balkon może być spójny z wnętrzem, nawet nowoczesnym, a mimo to być miejscem wytchnienia. W tym przypadku główną rolę odgrywają rośliny i dwa nowoczesne w formie, kolorowe krzesła ogrodowe.
2) Balkon bardziej jako zakątek dobrego nastroju niż romantyczny zakątek ogrodu …
Rozwiązanie dobre w przypadku mansardy. W ogóle połączenie balkonu z mansardą, w naszym klimacie jest najlepszym rozwiązaniem. Pozwala możliwie wydłużyć okres, w którym możemy korzystać z balkonu.
… ale jeśli ktoś chce bardziej ogrodowo – romantycznie.
Proszę bardzo są i kwiaty, i świece, światła itd. I nie mówcie, że tego się nie da na naszych balkonach.
3) A gdy cieszy nas fakt posiadania fajnego balkonu ale widok z niego mąci tę radość?
Z balkonu korzystamy dla przyjemności spędzania czasu na powietrzu. Niekoniecznie więc musimy organizować go tak by wpijać wzrok w przestrzeń. Szczególnie gdy nie jest zbyt atrakcyjna.
4) Malutki balkon? Nawet nie zawracaj sobie głowy stołem i krzesłami.
Można po prostu stworzyć sobie miejsce do leżenia. Jeśli przypadkiem należysz do mniejszości czytającej będzie to dobre miejsce na letnie wieczory z lekturą.
credit: My Paradissi
5) Nie macie ani miejsca ani czasu ale raz na jakiś czas chcielibyście sobie posiedzieć
Balkon można umeblować dwoma pufami, stolikiem i taką sama ilością odpornych roślinek. Problem obsługi balkonu z głowy a gdy przyjdzie ochota, można przysiąść na kawę.
credit: Target, żródło: hunker.com
Pamiętajcie, balkon zawsze jest za mały by spełnić swoje marzenia. I choćby z tego powodu koniec stycznia nie jest złym momentem by zacząć myśleć o swoim balkonie. Do wiosny zdążycie wystarczająco wiele razy zmienić zdanie, by ostateczna wersja waszego balkonu była przemyślana. Jeśli będziecie mieć wszystko zaplanowane, starczy Wam czasu na poszukiwanie tego czego chcecie. Nie dacie się spontanicznie skusić sezonowej ofercie marketów.
Jakie płytki kłaść na ścianach w 2019 roku? Rosnąca popularność programów wnętrzarskich z za oceanu powoduje, zarówno w śród osób zajmujących się wnętrzami jak i ich klientów powoduje, że trenty wnętrzarskie uniwersalizują się coraz bardziej. Dlatego wybraliśmy 5 ciekawych przykładów tego, co bieżącym roku może pojawić się na ścianach w naszych domach.
Trudne wykończenia, geometryczne wzory i trójwymiarowe powierzchnie były jednymi z dominujących propozycji płytek ściennych na wystawie w czasie międzynarodowych targów płytek, kamienia i podłóg The International Surface Event in Las Vegas. Oto kilka propozycji, które zwróciły naszą uwagę. Wybraliśmy je ponieważ albo podobały nam się wprost albo zwróciły naszą uwagę jako koncepcja.
Płytki stylizowane na stare, zniszczone i zwietrzałe trzymają się w trendzie.
Często pojawiały się propozycje wzornictwa nawiązującego do starych, jakby noszących widoczne znamiona upływu czasu. Poniżej propozycja pochodząca z kolekcji Rhapsody firmy Emser Tile; ma wytarte krawędzie i nowoczesne wzory kwiatowe i diagonalne, dobrze oddające ten trend we wzornictwie płytek w 2019 roku.
fot. Emser Tile
Będzie też odważnie „wzorzyście”, poniżej przykład na prawdę odważnego wzoru na ścianę.
fot. Daltile
Nowe przejmuje tekstury
Zdecydowanie w trend 2019 wchodzą kafelki z trójwymiarowymi lub wytrawionymi powierzchniami. O wyraźnej teksturze i w różnych kształtach. Modna będzie kolorystyka bielonego tytanu, żelaza lub brązu.
Płytki metalizowane / fot. Daltile
Enkaustyki w wyciszonych barwach
W minionym roku dużą popularność zyskały tzw. „wzory marokańskie”. W tym roku nadal są popularne, bez obawa, jednak w znacznej część prezentowanych kolekcji postawiono na nieco łagodniejszą paletę barw.
fot. Arizona Tile
Płytki w stylu encaustycznym w stonowanych odcieniach. /fot. Arizona Tile
Przy okazji zwróćcie uwagę na ciekawy pomysł połączenia boazerii angielskiej z płytkami czy też z boazerią ceramiczną, jeśli ktoś woli – nie specjalnie popularną w Polsce.
Nowa geometria
Producenci płytek postawili na świeżość, jakby chcieli udowodnić, iż zdają sobie sprawę z faktu, że nie tylko prostokąt jest kształtem geometrycznym. Coraz odważniej wprowadzają na rynek różnorodność wzorów, od miękkich kapryśnych arabesków po wielkoformatowe sześciokąty i sześciany. Czyli w płytkach coraz odważniej bawimy się formą.
Faliste linie płytek z serii Emiter’s Myth łączą fantazję z geometrią. /fot. Emser Tiles
Zaprezentowanych nowości oraz nowego podejścia do wzorów okrzepłych już na rynku, pokazano w tym roku na prawdę sporo. My wybraliśmy, dla przykładu, te kilka propozycji ponieważ uznaliśmy je za interesujące. W każdym razie konkluzję mamy jedną, z płytkami też można się nieźle zabawić. Mamy nadzieję, że na kuchennych ścianach, w łazienkach i na podłogach będzie od tego roku coraz ciekawiej, że będzie się dużo działo.
Ściany mogą sprawić, że ciasne mieszkanie, które dominują na polskim rynku, będzie jeszcze bardziej ciasne. Zburzenie ścian pozwala stworzyć zunifikowaną przestrzeń w stylu loftu, wygodną i użyteczną. To także dowód na to, że czasami by zyskać trzeba odjąć.
Otwarta przestrzeń, jest modna. Często, w przypadku najpopularniejszych w naszym kraju mieszkaniach typu kawalerka i dwupokojowych, jest to jedyny sposób by nie paść ofiarą poczucia przytłoczenia we własnym mieszkaniu. Usunięcie zbędnych ścian sprawia, że przestrzeń życiowa wydaje się po prostu większa.
I chociaż mieszkanie na otwartym planie wydaje się stworzone dla nowoczesnej estetyki, dobrze sprawdzi się także w tradycyjnych wnętrzach a nawet tych z mocno wymieszaną stylistyką.
Większe możliwości.
Wyobrażacie sobie na przykład secesyjne wnętrze w ciasnych pomieszczeniach? Pozbycie się jednej czy dwóch ścian spowoduje, że to nie mieszkanie będzie wymuszać na nas styl, ale, że będziemy mogli nadać mu wystrój zgodny z naszymi gustami.
źródło: Brian Paquette Interiors
Łącząc kuchnię z salonem i zamieniając strefę wypoczynkowa z jadalnią. Ustawiając fotele i kanapę skierowane do siebie, projektant wnętrz Brian Paquette tworzy przytulny salonik, który idealnie nadaje się do spotkań towarzyskich, ale nie jest zamknięte od reszty domu. Strefa wypoczynkowa znalazła się w bezpośrednim sąsiedztwie aneksu kuchennego, natomiast strefa jadalni stworzona została w miejscu salonu. To bardzo sprytny zabieg, szczególnie dla mieszkańców, którzy częściej niż na oficjalnych domowych obiadach spędzają czas w swobodnej atmosferze. I zależy im na byciu razem.
W otwartym wnętrzu trzymaj się spójności.
Bez separacji ścianami poszczególnych pomieszczeń, spójność jest jeszcze ważniejsza. Generalnie w polskich mieszkaniach jest spory problem ze spójnością. Być może wynika to z zasady „a kto mi zabroni” albo z wewnętrznego przekonania, że żyjemy w nieprzemierzonych pałacach o nieskończonej ilości komnat. Z pewnością nie znajdzie się w Polsce architekt wnętrz. Odwiedzając mieszkania klientów przed rozpoczęciem projektu, każdy natknął się nie raz na nieprzystającą do siebie feerię barw i odrębnych stylów w poszczególnych pokojach. Zdarza się, że klienci nie mogąc się zdecydować na jakąś stylistykę, próbują wymóc zastosowanie kilku. Po jeden w każdym pomieszczeniu. To na prawdę rzadko wygląd dobrze, a już na pewno w otwartym mieszkaniu.
źródło: A Pair & A Spare
Oto przykład spójnego w barwach, materiale i dodatkach salonu połączonego z kuchnią. Proste i nie wymagające rozwiązanie. Doskonałe do małego miejskiego mieszkania.
Otwarty plan w domu.
Jednym z powodów dla którego kupuje się dom, oprócz ogródka, jest powierzchnia. Oddzielne pokoje dla dzieci, sypilnia, gabinet salon, itp. Dobra ale co z przestrzenią? Co komu z salonu i jadalni na drugim końcu korytarza. Dodatkowym ryzykiem jest to, że rodzina rozpierzchnie się po pokojach i suma sumarum zostaje się samemu.
źródło: Amber Interiors
Zgoda, dziś już nie koniecznie projektuje się domy z zamkniętymi przestrzeniami. Jeśli jednak kupicie stary dom gdzieś na wsi, wykorzystajcie jego możliwości. Wszystkie. W tym przypadku przestrzeń otwiera nam jeszcze kwestia otwarcia sufitu. Jasny sufit „katedralny” daje tutaj na prawdę dużo przestrzeni. Warto zrezygnować z podwieszanego sufitu albo przebić strop pomiędzy salonem a nigdy nieużywanym stryszkiem – siedliskiem kurzu i zapomnianych rzeczy.
Planujesz drobne prace naprawczo – remontowe w mieszkaniu? Prędzej czy póżniej będziesz musiał zmierzyć się z wyceną prac wykonawcy. Jak rozsądniej wykorzystać swój budżet?
Załóżmy, roboczo, że jakieś trzy lata po wprowadzeniu się do swojego mieszkania, dochodzisz do wniosku, że popełniłeś pewne błędy i czas je naprawić. Przyjmijmy, że wykańczając swoje nowe mieszkanie zdecydowałeś się na prysznic z odpływem liniowym. Na zdjęciach w internecie wyglądał doskonale i postanowiłeś, że taki właśnie chcesz mieć.
Jednak, rzeczywistość trzeszczy, nie żyjemy w świecie idealnych wizualizacji. Już po roku, gdy zauroczenie minęło, zauważasz, że łazienka jest za mała na takie rozwiązanie. Zażywanie prysznica stojąc bezpośrednio na podłodze, będąc osłoniętym tylko skromnym szklanym parawanem, może i jest przyjemne ale… No właśnie „ale”, wychlapywana woda wypływa na całą podłogę malutkiej w sumie łazienki. Nie w pełni przemyślana lokalizacja prysznica przy samych drzwiach, już po roku „załatwiła” ci ościeżnicę. Spuchła już przy podłodze a ty masz już dość codziennego „zmiantania” kałuży wody.
Dochodzisz do wniosku, że dłużej już męczyć się nie będziesz. Postanawiasz „zbudować” normalna kabinę prysznicową. Może nie wygląda aż tak designersko, ale po trzech latach męki bardziej zależy ci na komforcie użytkowania. Mijają kolejne tygodnie i w końcu zbierasz się w sobie by znaleźć wykonawcę.
Kupujesz brodzik, kabinę szklaną. Dzwonisz do wykonawcy i mówisz, że potrzebujesz by przyjechał ci to zamontować. Pierwszych kilku odmawia bo nie mają czasu. W końcu „Pan Heniek” przyjeżdża obejrzeć zakres prac. Wbrew temu czego się spodziewałeś, nie wystarczy czegoś podkleić, wywiercić kilku dziur i wkręcić kilka kołków. Okazuje się, że trzeba zerwać jeden rząd płytek na ścianie, wyrównać spadek na podłodze, zmniejszyć wnękę na kosmetyki, ponownie położyć płytki i dopiero zamontować prysznic.
Skaczesz z radości gdy okazje się, że płytki, które masz w łazience wciąż są dostępne w sprzedaży. Kupujesz te dziesięć płytek i dzwonisz po wykonawcę. Jak na razie wszystko idzie dobrze, masz wszystkie materiały. Zostaje tylko robota wykonawcy a ile może kosztować położenie m2 płytek?
Dlaczego to tyle kosztuje?
Przede wszystkim musisz sobie uświadomić, że przysłowiowy „Pan Heniek w roboczym uniformie” jest przedsiębiorcą. I w przeciwieństwie do krawcowej na przykład, nie siedzi wciąż w swoim warsztacie, gdzie, gdy nie przyszywa guzików do płaszcza, może komuś zwęzić spodnie.
Przysłowiowy Pan Heniek gdy pracuje u ciebie, nie ma go gdzie indziej. A czas płynie. Wykonawca remontu musi wziąć pod uwagę ile może zarobić na tym zleceniu, nie mogąc wykonać w tym czasie innego zlecenia.
Pan Heniek kalkulując małe zlecenie musi uwzględnić, czy w tym czasie nie mógłby zrobić czegoś bardziej konkretnego. Jeśli spędzi u ciebie 2 – 2,5 dnia, głównie na czekaniu aż coś wyschnie nim ruszy z następnym etapem pracy. Nie zrobi kalkulacji wyłącznie w oparciu o cennikowy m2. Musi uwzględnić, że przez te dwie i pół dniówki zrobi tylko metr kwadratowy wylewki, połozy metr kwadratowy płytek i zamontuje kabinę. Ale straci czas, w którym mógłby zrobić całą łazienkę. W takim przypadku, jego praca u ciebie na pewno nie będzie kosztować 400 zł. To po prostu musi kosztować więcej ze względu na ilość czasu, który Pan Heniek poświęci na twój remont. W przeciwnym wypadku Pan Heniek byłby pierdołą a nie przedsiębiorcą.
Jak lepiej wykorzystać czas Pana Heńka i nie przepłacić za drobny remont?
Pierwszym problemem, na który się natkniesz nim znajdziesz swojego Pana Heńka. Najprawdopodobniej będą odmowy ze strony różnych wykonawców. Po prostu nie będą mieli czasu na takie zlecenie. Przyszliby by gdyby do zrobienia było coś więcej.
Jak już ustaliliśmy, przysłowiowy Pan Heniek, gdy już go znajdziesz. Kalkulując drobne zlecenie musi uwzględnić czas jaki poświęci na realizację. I choć z cennika mogłoby wynikać, że zapłacisz mniej, za drobne zlecenie policzy cię drożej. Czyli w pewnym zakresie płacisz za czas, który Pan Heniek u ciebie traci.
Najlepiej więc dobrze wykorzystać ten czas. Przecież ani ty nie chcesz płacić za to, że wykonawca głównie czeka aż coś wyschnie. Ani wykonawca nie bardzo jest zainteresowany takim zleceniem, więc czekanie musi zrównoważyć sobie ceną.
Zanim znajdziesz wykonawcę na drobne zlecenie, pomyśl czy nie masz czegoś jeszcze do zrobienia? Połącz dwie drobne rzeczy i skorzystasz na tym dwukrotnie. Jeśli zadzwonisz do potencjalnego wykonawcy i powiesz, że masz sypialnię do pomalowania i brodzik do wymiany. Zobaczysz, to sporo zmieni.
Wykonawca mogąc lepiej rozplanować swój czas pracy. Na przykład, w czasie gdy klej wiąże, malując pokój. Nie będzie w kalkulacji uwzględniał czasu przestoju. Po prostu rozplanuje prace tak, żeby optymalnie wykorzystać czas.
Czy zapłacisz za to mniej niż za samą wymianę kabiny prysznicowej w łazience? Oczywiście, że nie. Nie miej złudzeń. Nie mniej jednak zapłacisz za rzeczywiście wykonane prace. I w sumie na tym wygrasz. Będziesz mieć pomalowany pokój i wymieniona kabinę. Poniesiesz realny koszt robocizny. I przy jednym bałaganie będziesz mieć zrobione dwie rzeczy.
Drobne naprawy planuj tak, by optymalizować koszty. Jeśli męczyłeś się z nieprzemyślanym rozwiązaniem w łazience 2 lata. To albo poczekasz jeszcze jakiś czas albo przyśpieszysz na przykład malowanie pokoju. I tak miałeś malować go za jakieś pół roku. Połącz to w jedno zlecenie i zoptymalizuj koszty drobnego remontu.
Niedługo wprowadzam się do swojego nowego mieszkania. Kogo powinienem zatrudnić by sprawić, że będzie wyjątkowe?
Chyba każdy, kto stanął przed wyzwaniem jakim jest przygotowanie mieszkania do wprowadzenia się lub remontem starego, stanął kiedyś przed tym dylematem. – Mam ograniczony budżet ale chciałbym by moje mieszkanie było wyjątkowe. Czy powinienem wydawać pieniądze na projektanta lub architekta, aby zaplanować przestrzeń? Czy powinienem po prostu zatrudnić wykonawcę remontu i powiedzieć mu, gdzie chcę mieć toaletę, umywalkę i prysznic?
Odbieramy nowiutkie mieszkanie w standardzie deweloperskim. Jest pięknie ale co dalej?
Kto jest kto, i co może dla mnie zrobić?
Pytanie, które powinniśmy sobie postawić na samym początku. Ustalmy, kogo potrzebujemy. Na początek jednak zacznijmy do opisania różnic między architektem wnętrz, projektantem i dekoratorem. Nie będę tu wymyślał definicji albo raz jeszcze opisywał czegoś, co nie raz już zostało opisane. Skorzystam z pracy wykonanej przez branżową koleżankę.
1. Na etapie zakupu mieszkania, konieczności dostarczenia zmian lokatorskich, w przededniu odbioru kluczy do lokalu czy zdania sobie sprawy, że wszystkie te sprawy związane z urządzaniem to trochę za dużo jak na jedną czy dwie głowy- warto zatrudnić architekta wnętrz, który: pomoże rozmieścić ściany działowe, zaplanuje instalacje elektryczna i hydrauliczną, zaaranżuje układ funkcjonalny, rozstawi meble i sprzęty AGD, dobierze materiały wykończeniowe i przygotuje wszystkie niezbędne projekty dla wykonawców.
2. Jeśli w grę wchodzi szybki remont łazienki, lifting kuchni czy przelanie na papier i zamówienie wizji inwestora wtedy bardziej sprawdzi się projektant (kuchni lub łazienki), który pomoże dobrać konkretne materiały, pokaże próbki produktów z danego sklepu, przygotuje ofertę cenową i poprowadzi proces zamówienia.
3. Kiedy mieszkanie lub dom są wykończone, ale brakuję im „smaczku”, modnych akcentów czy ożywienia- warto skorzystać z porad dekoratora. Często na etapie pracy z architektem wnętrz pozostaje niewiele środków na zakup wszystkich dodatków i mieszkanie mimo iż ładne pozostaje niedokończone. Dekorator pomoże dokończyć to co zaczął architekt lub w niedrogi sposób przeprowadzi szybką metamorfozę konkretnego pokoju.
Iza Gemzała, blog Prostyplan.pl
Studium przypadku
Zakładam, że każdy, kto staje przed zadaniem przygotowania swojego mieszkania, marzy o czymś wyjątkowym. Nawet jeśli nie jest to mieszkanie marzeń. Zamiast widoku na morze czy góry, za oknem mamy osiedle. Zamiast 100 m2 mamy 48 m2, a zamiast ogrodu balkonik. No i do tego budżet, który nie jest budżetem marzeń. Co zrobić? Jak najefektywniej zagospodarować budżet?
Wprowadzamy się do nowego mieszkania, robimy remont starego. Nie ważne, problemy są podobne. Co gdzie postawić. Jak sprawić by było inne a jednak nasze?
Wykonawca. Ma przecież doświadczenie.
Każdy potrafi zorganizować przestrzeń w swoim mieszkaniu. Czyż nie? Zatrudniam wykonawcę więc – ekipę remontową, mówię gdzie chce mieć wannę a gdzie zlew i zmywarkę. Oni zajmą się resztą. Wiedzą jak położyć rury kanalizacyjne i jak przenieść gniazdko elektryczne.
To rozwiązanie wydaje się najoszczędniejsze, przecież zatrudnienia wykonawcy i tak się nie uniknie. Wykona to co mu się poleci, a od tego czego mu się nie chce robić, skutecznie nas odwiedzie.
Projektant. Zamawiam kuchnię, kupuję płytki i projekt mam w cenie.
Jeśli zdecydujemy się, na przykład na meble kuchenne na wymiar, w zasadzie każdy sprzedawca przygotuje nam projekt. Najczęściej projekt ten jest płatny ale kwota projektu jest odliczana od finalnej ceny zamówionych mebli, kafelek czy podłogi.
Stolarz będzie zadowolony z takiego zamówienia na zabudowę aneksu kuchennego, ale czy jesteś pewien, że będzie pasowała do twojego salonu?
Gdy kupujemy płytki na podłogę w salonie, projekt podłogi również będziemy mieć w cenie zakupu.
Czy mi to wystarczy i jakie są minusy? Jeśli po prostu wymieniamy meble w kuchni, zazwyczaj projekt od dostawcy mebli wystarczy. Pamiętajmy jednak, że przygotowany projekt, po pierwsze jest elementem wspomagającym proces sprzedaży, po drugie jest mu potrzebny na etapie produkcyjnym – po prostu i tak go musi wykonać.
Pamiętajmy też, że zadaniem projektanta np. z salonu meblowego, na tym etapie współpracy, jest sprzedaż mebli. Nie będzie się on raczej zastanawiał, czy meble, które projektuje pasują do wnętrza. Nie będzie się planował jakie krzesła dobrać. To po prostu nie jest jego zadanie. Nie będzie też patrzył na budżet na kuchnię jako całość, tylko jako kwotę, w której powinien zmieścić się z zabudową kuchni.
Dobry projektant z salonu z pewnością podpowie, co jest praktyczne a co się nie sprawdza. Nie będzie się jednak przejmował takimi szczegółami jak rozmieszczenie puntów elektrycznych czy oświetlenia w pomieszczeniu.
Jeśli chcesz wymienić meble w kuchni, zdanie się na projekt wykonawcy mebli jest dobrym rozwiązaniem. Jeśli chcesz nowej całej kuchni – jako pomieszczenia – nie tędy droga.
Stolarza interesuje ilość materiałów, obróbka, okucia. Słowem wszystko co ma wpływ na koszty i zyski. Z pewnością dobrze wykorzysta twój budżet. Oczywiście, dobry sprzedawca wie, że zadowolony klient, to klient, który wraca. Ale przecież nikt nie jest zainteresowany klientem, na którym nie zarobił. A projekt przecież jest w cenie wykonania zamówienia.
Architekt wnętrz. Czy to się opłaca?
Zacznijmy od sprawy podstawowej, żeby najwięcej zyskać na zatrudnieniu architekta wnętrz, nie trzymaj budżetu w tajemnicy. W swojej pracy widzieliśmy to nie raz. Gdy omawiamy oczekiwania, zakres prac, gdy pada pytanie o naszą cenę klienci/inwestorzy zwykle są konkretni i otwarci. Gdy pytamy o budżet przewidziany na realizację projektu, ich oczy zaczynają błądzić, robią się rozbiegane a odpowiedzi mętne. Dlaczego? Nie mam zielonego pojęcia, a przecież to fundamentalny błąd!
Przed podpisaniem umowy ustala się wszystkie warunki: zakres prac, terminy i cenę za usługę. Znasz już kwotę, którą zapłacisz za pracę architekta wnętrz, zgodziłeś się na nią. Skąd obawy przed wyjawieniem zaplanowanego budżetu?
Wysokości budżetu.
Ta wiedza jest dla architekta bardzo ważna. Po pierwsze będzie pilnował by jej nie przekroczyć. Co jest ważne w ujęciu całościowym. Gdy decydujemy o wydatkach na remont i wyposażenie na bieżąco pojawia się problem. Tu sto złotych, tam sto pięćdziesiąt jeszcze gdzieś tysiąc i budżet wystrzeliwuje w górę. Architekt od początku powinien patrzeć na projekt całościowo. Jeśli zapisaliśmy w umowie dobór dodatków, to uwzględni zabezpieczenie środków na ich zakup już na etapie tworzenia kalkulacji zamówień. Ileż to razy widzieliśmy sytuację gdy ktoś odmienia całe wnętrze a nie starcza mu już środków na drobne wyposażenie i dodatki. Odkłada na później i zazwyczaj już nigdy ich nie kupi.
Budżet nie jest z gumy.
Żaden normalny człowiek nie remontuje swojego mieszkania kilka razy w roku. Trudno przewidzieć budżet i trudno go dotrzymać gdy wpadniemy w remontowy „szał”. Co poradzić gdy budżet zaczyna się nie spinać? Wszyscy architekci wnętrz mają dostawców, z którymi pracuje im się lepiej, wygodniej, korzystniej. Dlatego mogą negocjować zniżki. Najczęściej wiedzą też, na czym na prawdę można a na czym kategorycznie nie wolno oszczędzić.
Architekt wnętrz powinien zadbać o to, by budżet na cały projekt został wydatkowany efektownie i efektywnie. Architekt, podobnie jak niektórzy projektanci kuchni, traktuje realizację swojego projektu jako zwieńczenie procesu twórczego. Dlatego też my w swojej pracy, najbardziej lubimy zlecenia pod klucz. Wiemy, że takie elementy jak karnisze, zasłony czy inny element dekoracyjny, odpowiednio dobrane do projektu wnętrza, tworzące z nim spójną całość. Są zwieńczeniem dzieła.
Czy to się opłaca i jak nie „przepalić budżetu”?
Zatrudnienie architekta wnętrz niewątpliwie jest dodatkowym kosztem. Jeśli budżet nie jest z gumy, to czy warto ponosić ten dodatkowy koszt? To zależy głównie od tego, jak podejdziesz do współpracy z architektem wnętrz.
Jeśli zatrudnisz architekta tylko po to by zrobił wizualizację, byś mógł sprawdzić czy wanna zmieści się koło prysznica. Zdecydowanie powinieneś odpuścić sobie architekta. Czasami trafiają do nas takie zapytania. Klienci mówią wprost, nie interesuje mnie projekt, ja chcę zobaczyć wizualizacje łazienki. Szukam najtańszej oferty. W takim przypadku zaleciłbym wybrać się do salonu łazienek, niech zrobią taką wizualizację z użyciem swoich produktów i dostarczą zamówienie je pod wskazany adres.
Rozpoznanie bojem, to najlepszy sposób na popełnienie największej ilości, często kosztownych błędów. Jeśli więc chcesz trzymać budżet w ryzach, uniknąć kosztownych pomyłek. Zatrudnienie architekta wnętrz będzie dobrym rozwiązaniem.
Wybór materiałów, próbki i dobór skomponowanej palety barw. To zadanie architekta wnętrz.
Koleżanki z pracy, bo zrobiły już remont.
Najlepszym sposobem by wkurzyć każdego z wymienionych wyżej specjalistów jest zwrot – Koleżanka z pracy powiedziała, że … . Dlaczego? Bo to jest to samo, co powiedzenie lekarzowi – A w internecie czytałam, że to jest borelioza, trzeba zrobić takie badania i stosować taką kurację.
W takiej sytuacji lekarz powinien uznać, że skoro wiemy co nam dolega, jak leczyć już zdiagnozowaną chorobę, wizyta u niego jest zupełni zbędna. Podobnie jest w przypadku architekta wnętrz, projektanta i wykonawcy.
Skoro koleżanka, kolega z pracy wiedzą lepiej. Bo przecież robili już remont mieszkania. Po co ci specjalista? Czy znajomy z pracy, w wyniku jednorazowego doświadczenia, zdobytego podczas niedawnego remontu ma wiedzę kompletną w tej kwestii? Czy wyciągnął wnioski i przyzna się do każdego popełnionego błędu, potrafi obiektywnie spojrzeć na efekty swoich starań? Czy jego wiedza przewyższa doświadczenia zdobyte podczas dziesiątek remontów, budów, projektów?
Różne budynki zbudowane są z różnych materiałów.
Mieliśmy taki taki przypadek, całkiem niedawno. Inwestor zrezygnował z zaprojektowanej przez nas zabudowy szafek pod umywalki do łazienki. W wyniku rady znajomego z pracy, inwestor zamienił wiszącą zabudowę korpusową na samodzielnie wiszący blat, zamocowany do ściany na jednej tylko krawędzi. Czy to wyglądało dramatycznie? Nie. Nie mniej jednak, ów doradca z pracy nie wiedział, bo i skąd, że materiał, z którego wykonano ścianę w łazience zwyczajnie nie jest w stanie utrzymać długiego i ciężkiego drewnianego blatu. Wspartego tylko na jednej krawędzi. Pal licho gdyby to była półka a nie blat, na którym ma stanąć spora umywalka. To nie mogło się udać. Protestowaliśmy jako autorzy projektu, protestował wykonawca. Na nic się to zdało, bo kolega z pracy powiedział.
To tylko jeden z przykładów zmarnowania pieniędzy. Oczywiście to inwestor decyduje. Nie mniej, to właśnie on za jakiś czas będzie się zmagał z blatem odpadającym od ściany. Może znajomemu blat się będzie trzymał, bo ma ścianę z innego materiału, a może jego wykonawca machnął na to ręką. A może też znajomy z pracy po prostu chce, by i kolega zmagał się z tym samym, co on problemem. Kto to wie?
Wybierając się na gale rozdania Oskarów, zapytaj koleżanek w co się ubiorą … i załóż to samo!
Każdy architekt wnętrz, przygotowując się do stworzenia projektu mieszkania, stara się dowiedzieć jak najwięcej o gustach i zwyczajach inwestorów. Potrzebuje tych informacji by zaprojektować specjalnie dla nich autorski projekt wyjątkowego wnętrza, dostosowanego do ich gustów, osobowości i stylu życia.
Nie chcesz wydać kilkuset złotych na ubranie by wyglądać tak samo jak inni. Ale wydając kilkadziesiąt tysięcy na remont, chcesz mieć to samo co inni?
Czasami słysząc argumenty, że koleżanka tak ma, myślę sobie w duchu, że w takim razie, zamiast zatrudniać architekta wnętrz, lepiej było umówić się ze znajomymi, wypić butelkę smacznego wina i wspólnie wybrać na zakupy do sklepów wnętrzarskich. Będzie sympatycznie i wszyscy będą mieć to samo. Kto wie, może uda się uzyskać jeszcze jakiś rabat za hurtowe zakupy.
O guście się nie dyskutuje, ale da się go ocienić!
Stara łacińska sentencja mówi „de gustibus non est disputandum„. To prawda, gust nie podlega dyskusji ale da się go ocenić. Wybierając architekta wnętrz, patrzymy co zrobił, w jakim stylu czuje się najlepiej. To nie prawda, że każdy z nich potrafi równie dobrze zaprojektować wnętrze w dowolnym stylu. Często zdarza się, że architekci wnętrz rezygnują ze zleceń na wykonanie projektu w stylu, w którym nie czuja się najlepiej. Innym razem, jako klient, nie decydujesz się na architekta bo nie podoba ci się jego styl.
Projektowanie wnętrz, to praca o charakterze usługowym, zawiera jednak element twórczy. Każdy architekt wnętrz, projektant, a nawet niektórzy wykonawcy, chcą być dumni z realizacji swoich projektów. Jest to dla nich bardzo ważne ponieważ to najlepszy sposób na potwierdzenie swoich kwalifikacji i zdobycie nowych klientów. Zrobią wszystko co się da w ramach przeznaczonego budżetu, by projekt i realizacji były dobre. Koleżanka z pracy, z biurka obok, nie ma takich ambicji. Dzieląc się swoją radą, nie musi brać pod uwagę ani uwarunkowań technicznych ani spójności z resztą przestrzeni.
Mieliśmy przypadek, gdy inwestorka pod wpływem rady koleżanki zmieniła wybrane przez nas jasnoszare płytki na podłogę, na wielokolorowe płytki, z intensywnym wybarwieniem, w stylu marokańskim. Cóż z tego, że miały one korespondować z monochromatyczną tapetą odwzorowującą pnie drzew, grającą z kolorystyką reszty wnętrza. Koleżance podobają się takie płytki i już. Spójność? Ona ją nie interesowała, chyba nie widziała reszty projektu, albo też, jej gust jest taki a nie inny. Nie da się z tym dyskutować. W każdym razie sugerowane płytki, choć jako takie nie brzydkie, miały się nijak do całej reszty.
To kogo w końcu zatrudnić?
Jeśli potrzebujesz pomalować ściany, wymienić panele na podłodze czy zamontować nowy brodzik albo zamurować okno. Zatrudnij wykonawcę, będzie taniej. Wykonawca może współpracować z architektem wnętrz; z małego remontu może zrodzić się fajna zmiana. Wykonawca nie może współpracować z koleżanką.
Jeśli potrzebujesz zmienić meble w kuchni lub zbudować fajna szafę wnękową. Zatrudnij projektanta z salonu meblowego. Projektant na przykład mebli na wymiar może, współpracować z architektem wnętrz przy projektowaniu mebli do zaplanowanej zabudowy. I odwrotnie, architekt wnętrz powinien współpracować z projektantem mebli. Zadba by jego wizja została właściwie spełniona, a projektant o to by aspekty techniczne zostały odpowiednio dobrane. Projektant mebli (na przykład kuchennych) może współpracować z koleżanką. Ostatecznie chodzi mu o sprzedaż mebli. Ani on, ani koleżanka nie będą ich używać.
Jeśli chcesz zrobić remont mieszkania, odmienić pokój, kuchnię czy łazienkę jak całą przestrzeń. Zatrudnij architekta wnętrz. Ma on najczęściej wykonawce remontu i meblarza, z którymi współpracuje; unikniesz ewentualnych problemów. Architekci wnętrz u wielu dostawców mogą wynegocjować odpowiednie zniżki, może to uratować budżet inwestycji. W przypadku zleceń kompleksowych na projekt, remont i aranżację, suma rabatów może pokryć koszt zlecenia dla architekta wnętrz. Architekt wnętrz może współpracować z wykonawcą remontu, projektantem mebli. Nie może współpracować ze znajomymi z pracy.
Jeśli robisz remont by uszczęśliwić koleżankę z pracy, lub spełnić jej marzenia o wystroju wnętrz, zatrudnij koleżankę. Jeśli chcesz mieszkać we wnętrzu, które podoba się koleżance. Wprowadź się do niej.
P.S. Dla wygody klientów/inwestorów i ułatwienia wzajemnej komunikacji, architekci wnętrz nazywają się czasami projektantami. To jednak nie jest to samo. Architekt wnętrz powinien mieć wykształcenie w tym kierunku, projektant wnętrz nie.
Jak przygotować mieszkanie do wynajmu krótkoterminowego i nie popełnić błędów, mogących mieć realny w pływ na rentowność inwestycji.
Zwykle gdy przygotowujemy mieszkanie przeznaczone do wynajmu krótkoterminowego mamy ten komfort, że realizujemy projekt w systemie „pod klucz”. Przygotowaliśmy sporo takich mieszkań, niektórymi z nich zarządzamy. Dlatego oprócz doświadczeniem wykonawczym mamy też doskonały feedback, co zrobiliśmy dobrze a gdzie popełniliśmy błąd. Bo i tych nie uniknęliśmy z początku. Dużo się nauczyliśmy, wyciągnęliśmy wnioski, dlatego dzielimy się naszym doświadczeniem – co warto zrobić a czego unikać.
Remont czyli na czym nie warto oszczędzać
Niezależnie od tego czy przygotowujecie stare mieszkanie z rynku wtórnego czy zupełnie nowe, jest kilka rzeczy, na których absolutnie nie powinniście oszczędzać. Oczywiście w granicach rozsądku, w końcu to mieszkanie inwestycyjne. Mówiąc żeby nie oszczędzać, mam na myśli by nie iść po lini najtańszych ofert „marketowych”. Nie oznacza to, że namawiam do inwestowania w ekskluzywne materiały z najwyższej półki. Chodzi mi tu po prostu o dobrą, rozsądną relację jakości i ceny.
Podłogi i ściany, na tym nie oszczędzaj / fot Archnet
Podłogi i ściany, to rzecz fundamentalna. Po pierwsze, to co „wsadzicie w ścianę” niech tam zostanie możliwie najdłużej. Nie warto oszczędzać na elementach instalacji, czy to wodnej czy elektrycznej. Oszczędność na zwykłym zaworze wody może w przyszłości zemścić się awarią w najmniej oczekiwanym momencie. Gości trzeba będzie przenieść – czyli koszty; podłogę naprawić – znowu koszty; remont wyłączy nam mieszkanie z wynajmu na kolejne dni – to brak zysku, strata.
Podłoga, to miejsce, w którym inwestorzy najczęściej popełniają błąd. Najtańsza podłoga w apartamencie na wynajem krótkoterminowy to po prostu stracone pieniądze. Po tej podłodze będą jeździć walizki, przechodzić niezliczone ilości obcasów, szurać meble, ociekać buty, ręczniki i ubrania. Na prawdę, podłoga w mieszkaniu wynajmowanym co 2 dni innym ludziom, pracuje w zupełnie innych warunkach niż chociażby w wynajmie długoterminowym.
Ściany, to kolejny newralgiczny element. W tej kwestii mamy jednoznaczne doświadczenia i nie eksperymentujemy. Ściany trzeba na prawdę dobrze przygotować i pokryć bardzo dobrą farbą. W tym przypadku nie da się uniknąć drogiej farby. My używamy farb Teknos ale inne tej klasy też się sprawdzą. Ściany muszą być łatwe do umycia! I to nie teoretycznie ale faktycznie. Będziecie z nich zmywać wino, herbatę, kawę, otarcia po walizkach, odbite stopy i „rozciapane” klapkiem komary.
Na koniec drzwi wejściowe. One też powinny być nieco lepsze niż standard minimum. Z dwóch powodów. Po pierwsze kwestie ubezpieczeniowe oraz zabezpieczenie rzeczy gości. Po drugie, dobrze by miały odpowiednie wygłuszenie akustyczne. Goście apartamentów nie zawsze przejmują się tym, że w budynku mieszkają ludzie, normalnie żyją i mają swój rytm dnia. Wasi goście są na urlopie i basta, niech się dzieje co chce! Na drzwi warto wydać ciut więcej i mieć spokój z sąsiadami. To w dłuższej perspektywie zwróci się w formie Waszego spokoju.
Wykończenie
Przed wszystkim musi być jasno, czysto i fotogenicznie. Tak, fotogenicznie! Dane pochodzące od Booking.com – jednej z największych światowych platform pośredniczących w wynajmie apartamentów na doby – wskazują jednoznacznie, że to zdjęcia „sprzedają”. Odbyłem kiedyś rozmowę z opiekunem Booking.com dla apartamentów z całej południowej Polski. Twierdził, że średni czas, który turysta poświęca na zapoznanie się z ofertą apartamentu przed kliknięciem przycisku „rezerwuj”, to kilkanaście sekund. Nie kilkadziesiąt, kilkanaście! To czas wystarczający na obejrzeniu kilku zdjęć, maksimum dziesięciu. Z naszego doświadczenia wynika też, że ludzie absolutnie nie czytają opisów czy nawet wypunktowanych informacji. Rezerwują bo cena im odpowiada i podobają się zdjęcia. często potem są zdziwieni, że coś jest albo czegoś nie ma. Mimo, że jest to szczegółowo opisaliście mieszkanie i Wasze usługi.
źródło: PLATFORM_
Jednym słowem mieszkanie musi sprawiać wrażenie czystego, jasnego i przestrzennego. Nawet jeśli ma powierzchnie 30 m2. Kolory są dobre, owszem ale na ścianach raczej jako akcent. Pojawia się tu pewien dysonans; z jednej strony mieszkanie musi mieć wnętrze raczej uniwersalne, pod możliwie wiele gustów, z drugiej musi się wyróżnić z pośród masy innych. O tym trochę później.
Łazienka, tu nie ma co szaleć w kwestii półek i ergonomii. Powinna być zaprojektowana tak by sprawiała wrażenie sterylności. Można darować sobie szufladki i schowki, które zrobilibyśmy w mieszkaniu do zamieszkania. Ważne by było gdzie postawić szampon, mydło, szczoteczkę do zębów, kilka rolek papieru toaletowego, powiesić ręczniki. I to wszystko. W łazience można zaoszczędzić na wyposażeniu i materiałach wykończeniowych. Zastanowiłbym się natomiast nad nadmierną oszczędnością w kwestii baterii. Jeśli jest tańsza niż inne, wiedzcie, że niedługo będziecie wymieniać ja w trybie awaryjnym. Wybrałbym tu raczej najdroższą z najtańszych lub przynajmniej ze środka stawki.
Łazianka musi sprawiać wrażenie sterylności /fot. PLATFORM_
Gniazdka elektryczne i włączniki światła. To w sumie banał ale kiedy będziecie raz w tygodniu jeździć dokręcać gniazdko elektryczne, zrozumiecie dlaczego tu nie warto przesadzać z oszczędnością. Z naszego doświadczenia wynika, że warto porządnie przykręcić gniazdko do puszki elektrycznej. Jeśli puszki są stare i nie mają takiej opcji, warto wymienić na nowe. Nigdy nie szalejemy z inwestycją w gniazdka i włącznika ale dbamy by dało się je porządnie zamocować. Te najtańsze ciągle się wyrywają. Doprawdy nie wiem dlaczego ludzie we własnym domu potrafią wyciągnąć wtyczkę ładowarki z gniazdka tak by go nie wyrwać, natomiast w mieszkaniu na doby to im się nie udaje. Ale tak już jest.
Wyposażenie i aranżacja
Tutaj można śmiało szukać oszczędności. Po pierwsze wasi goście spędzą tu jedną noc, może kilka dni. Na prawdę nie potrzebują szaf, półek, super wygodnych foteli. Ma to swoje plusy w kontekście aranżacji. W małym mieszkaniu da się stworzyć wrażenie przestrzeni.
Oszczędność w kwestii mebli kuchennych jest o tyle korzystna, że goście rzadko gotują. Potrzebują lodówki, będą pytać o mikrofalówkę, ucieszą się z ekspresu do kawy. Na prawdę przy decyzji o wyborze kuchni możecie ograniczyć do estetyki, która mimo wszystko jest ważna (Pamiętacie o zdjęciach?).Zadbajcie o przyzwoity osprzęt – zawiasy muszą dawać gwarancję, że nie rozpadną się po roku użytkowania. My zwykle wybieramy przyzwoitej jakości zawiasy, odbojniki i domykacze. Również te stosowane w kuchniach z IKEA są wystarczająco przyzwoite. Jeśli robicie kuchnię na zamówienie, możecie wziąć tańsze fronty ale zawiasy lepsze. Zapomnijcie o drewnianych blatach! Są fajne, ale dla tego typu mieszkań to przekleństwo. Goście nigdy nie zastanowią się czy drewniany blat w kuchni jest dobrym miejscem do odstawienia rozżarzonej patelni. Uwierzcie, nie często będą korzystać z podkładek.
Pytloun Apartments, Liberec
Meble, to kolejny element na którym możecie oszczędzić. Nie będzie problemu jeśli wybierzecie tańsze meble. Ale sprawdźcie czy są wykonane porządnie. Jeśli na przykład nogi krzesła sprawiają wrażenie, że mogły się zaraz rozjechać pod ciężarem średnich rozmiarów osoby. Pod gościem rozjada się na pewno.
Krzesła, najlepiej gdy kupcie takie, by były dostępne także na sztuki. Z krzesłami mieliśmy już kilka dziwnych doświadczeń. Jedno gościowi „załamało się samo”, innym razem jedno zjadł pies zostawiony w mieszkaniu. W takiej sytuacji, gdy goście wyjadą, zostaniecie z trzema krzesłami a za trzy godziny przyjeżdżają kolejni goście w czteroosobowym składzie. Warto mieć możliwość szybkiego uzupełnieniu kompletu.
W jednej z naszych realizacji, do prostej szafy z IKEA dodaliśmy nóżki pomalowane pod kolor szafy (w tym przypadku na biało). Dzięki czemu szafa wygląda bardziej stylowo, w wysokim wnętrzu korzystniej wygląd po podwyższeniu. Fabrycznie była dość niska.
Drugi powód, dla którego zachęcam do dokonania drobnych poprawek w tanich meblach, jest boleśnie praktyczny. Otóż z zasady wzmacniamy łóżka. Uwierzcie, warto. Jeśli tego nie zrobicie, szybko przekonacie się, że był to błąd.
Sprzątanie. Dlaczego trzeba o nim myśleć podczas przygotowywania mieszkania na wynajem krótkoterminowy? Tu znowu zastosuję wyliczankę. Po pierwsze, sprzątanie to koszt. Płacicie komuś za godzinę albo robicie to sami, często pod presją czasu. Warto pomyśleć o mieszkaniu pod tym kątem. Apartamenty na wynajem powinno dać się sprzątać łatwo i szybko. Pamiętajcie też o tym, że prawie każdy Wasz gość jest „ekspertem” w dziedzinie prowadzeniu biznesu hotelowego, od którego opinii – głównie w jego ocenie – zależy wasze być albo nie być. W większości przypadków, gość zajrzy pod łóżko i w inne trudno dostępne miejsca. Więc jeśli zamówiłeś łóżko pod które można zajrzeć ale nie można dotrzeć odkurzaczem, już poległeś.
Kilka praktycznych rad
Mieszkanie nadające się na wynajem krótkoterminowy, w kontekście relacji nakładów finansowych do generowanych przychodów. To takie, w którym można przenocować przynajmniej 4 osoby. W małym mieszkaniu pamiętaj więc by sofa mogła być też dodatkowym łóżkiem. Powinna się rozkładać i być wygodna! Goście kierują się cena i na krótki pobyt chętnie wybiorą mieszkanie z dodatkowym spaniem na rozkładanej sofie. Bo jest taniej niż w dużym z dwoma pełnymi sypialniami. Ale nie zapomną w swojej opinii, po pobycie, wypomnieć Wam, że sofa była niewygodna. Pamiętajcie o tym.
Mieszkanie musi wyróżnić się wśród setek konkurencyjnych ofert. Głównie na zdjęciach. Nie zapomnijcie o charakterystycznych elementach wystroju odróżniających je od innych. Niech to będzie kolorowy mebel, akcent kolorystyczny na ścianie lub jakiś niebanalny element dekoracyjny.
Każde mieszkanie na wynajem krótkoterminowy można urządzić lepiej lub gorzej. Nie popełniajcie jednak błędu myśląc, że jeśli zainwestujecie na prawdę dużo, to przyciągnięcie gości z wyższej półki. To działa tylko w bardzo ograniczonym zakresie. Na prawdę zamożni klienci najczęściej wybierają wielogwiazdkowe hotele. Znany jest mi przypadek na prawdę doinwestowanego apartamentu, który zarabia podobnie jak inne zwykłe. W skali zainwestowanych środków to się zwyczajnie nie opłaca.
Pamiętajcie też, że mieszkanie na wynajem krótkoterminowy nie nie może być wersją oszczędnościową. To nie wynajem długoterminowy, gdzie najemca może sobie doposażyć mieszkanie lub zaaranżować po swojemu. Apartmanet na wynajem walczy z konkurencją, bardzo liczną, musi zwrócić uwagę możliwie dużej ilości ludzi. Jest towarem w sklepie internetowym, tu decyzje podejmuje się szybo.
Pamiętajcie też, że to mieszkanie będzie na prawdę ciężko pracować. Jeśli oszczędzicie w złym miejscu, szybko się o tym dowiecie. Zapewniam, że dowiecie się o tym pierwszy dzień świąt, w niedzielę, w długi weekend. Za każdym razem, gdy obsługa konserwatorska czy specjalistyczna jest po prostu bardzo droga.
Gotowiec inwestycyjny, to hasło, na które szybko trafi każdy zainteresowany rozpoczęciem przygody z inwestowaniem w nieruchomości na wynajem. Zakup takiego mieszkania to biznes jak kaczuszka – z pewnością wygląda przyjemnie, ale ma krótkie nóżki i mustangiem nie będzie.
Co to właściwie jest „gotowiec inwestycyjny”? Pośród szybko rosnącej w ostanim czasie rzeszy inwestorów w nieruchomości na wynajem, a konkretnie inwestujących w mieszkania na wynajem, jest grupa taka trochę sekciarska. W każdym razie mnie tak się kojarzy, o czym trochę później. To ludzie przygotowujący tzw. gotowce inwestycyjne.
Gotowiec inwestycyjny, najprościej mówiąc sprowadza się do tego, że ktoś znalazł mieszkanie poniżej ceny rynkowej czy też kupił je na licytacji komorniczej. Podzielił na możliwie dużo malutkich pokoików, wyremontował, zwykle możliwie najmniejszym nakładem kosztów, i teraz je sprzedaje jako gotowiec inwestycyjny. Czyli szuka inwestora, który chce kupić takie mieszkanie i wynajmować je na pokoje. Te pokoje to na prawdę są maleństwa. Oto przykład na to, że w 55,5 m2 mieszkaniu da się zrobić 5 pokoi!
Przykład projektu przebudowy mieszkania 55 m2 by miało 5 pokoi / źródło: facebook
Pokoje w takim mieszkaniu nie dają zbyt wiele przestrzeni najemcą, ale nie oto chodzi w tym biznesie. Tu chodzi o to by wyciągnąć z najmu możliwe najwięcej. W dużych miastach, za wynajem takiego pokoju można wziąć 700 – 1000 zł (plus opłaty). W zależności od miasta ceny mogą być różne ale ceny zakupu też się różnią.
Pokoje o takich rozmiarach oferują przestrzeń do spania plus biurko. W mieszkaniu najczęściej rezygnuje się z kuchni, urządzając aneks gdzieś w korytarzu, jedna łazienka toaleta. I to wszystko dla 5 obcych sobie osób. Z cała pewnością da się na tym zarobić lepiej niż na wynajmie „standardowego” mieszkania o powierzchni 55 m2.
I tu zaczyna się „kaczuszka”
Gdy policzyć ROI (ang. return on investment, zwrot z inwestycji) czyli w uproszczeniu, czas po jakim odzyskamy zainwestowane pieniądze. Biznes wydaje się dobry, ale w mojej ocenie głównie dla tego kto sprzedaje tak przygotowane mieszkanie.
Choć od lat obsługujemy inwestycje w nieruchomości na wynajem, nie podejmujemy się tego typu inwestycji. Uważamy, że temat na dłuższą metę jest po prostu śliski. W przypadku kogoś, kto kupił takie mieszkanie z zamiarem wynajmu, ten biznes może mieć krótkie nóżki. Jak kaczuszka właśnie.
Co raz częściej zdarzają się kontrole Inspektora Nadzoru Budowlanego, z zarzutem zmiany sposobu użytkowania mieszkania na niezgodny z jego przeznaczeniem. W najlepszym przypadku to tylko upierdliwość, jednak w najgorszym Inspektor może nakazać przywrócenie mieszkania do stanu pierwotnego. I tu zaczynaja się kłopoty.
Jeszcze inna rzeczą jest faktyczny wpływ takiego użytkowania mieszkania tempo i stopień jego zużycia. Ludzie, którzy przygotowują takie mieszkania, z zamiarem szybkiego zakończenia remontu i sprzedaży. Zmieniają mieszkanie w „mini hotel” ale nie uwzględniają jego zwiększonego zużycia. Ich biznes to tanio kupić i wyremontować a sprzedać jak najdrożej. To oczywiste, że nie zastanawiają się nad jakością i przeznaczeniem użytych materiałów.
To na inwestora finalnie spadną częste naprawy instalacji, podłóg, itp. Zaangażowanie w takie mieszkanie, w utrzymanie jego stanu będzie znacznie większe niż gdyby od początku do samego końca robili to dla siebie.
Więc czy warto? Oceńcie sami. Choć liczby w Excelu mogą wychodzić atrakcyjnie, to sytuacja ta może szybko się zmienić. A jeśli się już zdecydujecie, to trzymajcie umiar i wkalkulujcie ryzyko. W moim przekonani, to kwestia maksymalnie 2 lat, gdy przepisy w tej kwestii poważnie ulegną zmianie a kontrole staną się nagminne.
Przygotowujący gotowce inwestycyjne to tacy trochę sekciarze
Na koniec wytłumaczę się z mojej oceny. Obsługujemy inwestorów więc musze być na bierząco z tym co dzieje się na rynku. Dlatego też obserwuję różne grupy tematyczne na FB. Gdy widzę co nakręca grupy „gotowców inwestycyjnych”, trudno mi pozbyć się wrażenia, że to trochę rynek sam dla siebie. Już to kiedyś widziałem, w środowisku Start-Upowym było tak samo (i pewnie nadal jest) . Widząc to wtedy (wiele lat temu) również odnosiłem wrażenie, że najlepiej na tym wszystkim wychodzą ci, którzy opowiadają innym jak najlepiej zrobić Start-Up. Targi, zjazdy, szkolenia, spotkania otwarte i zamknięte – to cały przemysł bez którego prawdziwy Start Upowiec żyć nie może.
Podobnie jest ze środowiskiem rentierów, niezależnych finansowo, wolnych finansowo – bo tak najcześciej nazywają siebie zajmujący wszelkiej maści eksperci od gotowców. Są pewnego rodzaju guru, w każdym razie na takich się kreują. Czasami bywa to wręcz groteskowe. Maja tajemną wiedzę, chętnie się nią podzielą jeśli tylko uda im się zadziwić Cię wystarczająco byś zechciał zapłacić za spotkania z nimi.
Nie chce mi się więcej pisać na ten temat, niech wypowie się za mnie post jednego z specjalistów z tej branży, znaleziony na facebookowej grupie.
źródło: facebook
Teczka od notariusza i kierownica Mustanga potwierdzają moje kompetencje. Ja tak interpretuję ten post promujący szkolenie. A wy? Nie podważam kompetencji szkoleniowca ale sposób komunikacji kojarzy mi się z jakimś network marketingiem albo takim właśnie trochę sekciarskim sposobem działania.
Kolejny eksperta na jednej z takich grup – „… łatwiej znaleźć środki finansowe na inwestycję niż trzeźwią ekipę budowlaną„. Na prawdę? To kogo oni zatrudniają do remontów, raczej nie szukają wśród profesjonalnych budowlańców.
Rynek pracy podlega ciągłym zmianą, coś co kiedyś było rzadkością dziś jest już powszechne. Jeszcze kilkanaście lat temu praca w domu dostępna była wyłącznie dla przedstawicieli wolnych zawodów albo start-upowców. Dziś nie jest niczym wyjątkowym, dostępnym nawet dla pracowników korporacji. Niezmiennie jednak, praca wymaga warunków sprzyjających koncentracji.
Od wielu lat pracuję w domu i znam wszystkie ważące się z tym smaczki i uciążliwości. Czasami wzywa mnie łóżko, książka czy telewizor. Innym razem od pracy odciągają mnie prace domowe czy bliskość lodówki. Tak, praca w domu nie jest łatwa. By utrudnić wodzenie na pokuszenie, by odłożyć pracę na później, warto stworzyć sobie odpowiednie warunki do pracy.
Podczas porannej prasówki przeczytałem wywiad z polskim dziennikarzem, który wraz z żoną i dziećmi przeniósł swoje życie na indonezyjską wyspę Bali. Nie porzucił swojej pracy w Polsce, będzie pracował w swoim nowym domu. Na razie mieszka jeszcze w hostelu szuka domu. Na pewno stworzy sobie w nim miejsce do pracy. Cóż rajska wyspa może dekoncentrować. Podczas lektury pomyślałem sobie, że w swoich polskich domach siedzi cała masa ludzi pracujących zdalnie, na własny rachunek. Im też z pewnością przydałaby sie odmiana. Nie każdy jednak ma tyle determinacji by wynieść się na drugi koniec świata. Może więc warto odmienić swoje domowe biuro. To w końcu też zmiana mogąca dostarczyć nowej energii do pracy. Oto kilka inspiracji.
Domowe biuro.
Na początek eklektyczne wnętrze – dla tych, którym energii dodają kolory. Na pewno jest pozytywnie. Cały pokój przeznaczony na miejsce pracy ale nie ograniczono się tu wyłącznie do stanowisk przy biurkach. Jest też gdzie poczytać czy też w odprężającej pozycji zagłębić się zawodowej lekturze. No bo kto powiedział, że pracować trzeba wyłącznie przy biurku. Pracujący w domu, wiedzą o co chodzi.
Monochromatyczne – dla tych, którzy uważają, że czerń i biel to najlepsze kolory pomagające się skoncentrować. Niewielka przestrzeń w mieszkaniu, może być wydzielona na przykład w sypialni. Choć moim osobistym zdaniem, to ciut niebezpieczna lokalizacja dla domowego biura. Myślę jednak, że niektórzy radzą sobie z tym całkiem nieźle.
Biuro i gabinet w jednym, czyli miejsce do pracy i wypoczynku. Na przykład lubią w spokoju poczytać po pracy. Miejsce dobre do pracy, nadaję się też na samotnię. Czasami każdemu jest to potrzebne. Czyż nie?
Gabinet to oczywiście luksus, na który ze względów lokalowych nie każdy może sobie pozwolić. Czy tez ich praca w aspekcie „biurowym” nie zajmuje dużo czasu.
Kącik biurowy, nieco w stylu BOHO ale dla umiarkowanych miłośników tego stylu.
Kącik biurowy pod schodami. Czasami jest tak, że mimo posiadania domu trudno znaleźć miejsce na umieszczenie kącika biurowego. Tu przykład wykorzystania przestrzeni pod schodami. W sumie to taka trochę szafa-biuro, ale czyż nie wystarczy?
Domowe miejsce pracy da się zorganizować w taki sposób, by było ciekawe i sprzyjało wydajności. Nie wymaga to wiele wysiłku. Zazwyczaj nie wymaga też przeprowadzenie rewolucyjnych zmian. Jeśli pracujecie w domu, warto o tym pomyśleć.
Jak często różnica między tym co chcielibyśmy mieć we wnętrzu, a tym na co się decydujemy jest bardziej niż znacząca? Czy Polacy, w kwestii designu, mają zwyczajnie „pietra”? Bo z całą pewnością nie chodzi tu głównie o pieniądze.
Zwykle jest takt. Gdy szykujemy się do gruntownego remontu, mającego wprowadzić wymarzone zmiany w naszym zwykłym, stanowiącym sumę kilkuletnich przypadków mieszkaniu. Poświęcamy nie mało czasu na przeglądanie internetu i pism wnętrzarskich, w poszukiwaniu tego co nam się podoba. Zaczynamy podróż do mieszkania marzeń. Z doświadczenia wiem, że wyborów aranżacji jest wówczas kilkakrotnie więcej, niż pomieszczeń w naszym mieszkaniu.
Dlaczego więc, gdy przychodzi co do czego, ostatecznie decydujemy się na najzwyklejszą zwyczajność? Odpowiedź jest banalnie prosta, brakuje nam odwagi! Można by wyciągnąć wniosek, że generalnie jesteśmy skazani na wnętrzarską nudę, designerską porażkę. Wydaje nam się, że mamy dobry gust, a tymczasem, co tu ukrywać może i mamy ale odwaga u nas mizerna.
Widzieliśmy to w naszej pracy nie jeden raz. Klienci opowiadają nam o swoich własnych doświadczeniach z próbami zmian. Najpierw wybierali co im się podoba. A gdy przychodzi do remontu, coś nieustannie ciągnie ich w dół. Do zwyczajności, do tego co już mieli, tylko, że po remoncie.
Chcieli by było jakoś tak …
… a wyszło jak zwykle.
Oczywiście nie każdy ma dar do aranżacji wnętrz. Zwykle też trudno jest przełamać swoje słabości i przyzwyczajenia. Dlatego warto skonsultować się z projektantem wnętrz. I posłuchać go by uzyskać ten swój osławiony „efekt wow!”. To na prawdę jest nie głupi pomysł.
Ktoś zawsze może powiedzieć, że chcieć efektu a mieć na niego pieniądze, to spora różnica. A właśnie, że nie w tym rzecz. Uważamy się za mistrzów budżetu, tylko w trakcie kilku ostatnich realizacji projektów wyremontowaliśmy dla naszych klientów około 20 mebli. Większość kupione za grosze, a niektóre wręcz z odzysku. Fajne rzeczy, fajne wnętrza da się to zrobić bardzo budżetowo. Rzecz w tym, że my, Polacy, zwyczajnie nie mamy odwagi wnętrzarskiej, designerskiej.
A może tak nie jest, może mamy? W każdym razie ja przykładów na tę tezę mogę podać całe mnóstwo. Choć oczywiście życzyłbym sobie szybkich zmian w tym temacie.
archiDAY 2018 – wydarzenie branżowe dla architektów, designerów, projektantów, dekoratorów i stylistów. To jedno z najważniejszych branżowych wydarzeń w Polsce. Kolejny raz zostaliśmy zaproszeni do współpracy w ramach patronatu. Seminaria archiDAY to cykliczna impreza w ramach targów Warsaw Home odbywających się w dniach 4-7 października 2018 w Ptak Warsaw Expo.
Warsaw Home to czterodniowe Międzynarodowe Targi Wyposażenia Wnętrz organizowane w PTAK Warsaw Expo. Podczas wydarzenia zaprezentują się producenci i dystrybutorzy z branży meblowej, dekoracyjnej, wykończeniowej oraz dodatków. Ktokolwiek myśli o zmianie wystroju wnętrz lub po prostu interesuje się wnętrzarstwem, powinien tu być.
Dla wnętrzarzy najważniejsza jest jednak duża dawka wiedzy praktycznej.
Podczas tegorocznego archiDAY odbędą się liczne warsztaty i prelekcje. W ramach wydarzenia, odbędzie się premiera platformy archiDESK.pl, – mamy nadzieję, bardzo praktycznej, zapisaliśmy się i czekamy na premierę – platformy, której celem jest ułatwienie codziennej pracy architektów, projektantów wnętrz.
Specjaliści z branży będą rozmawiać m.in. o sztuce we wnętrzach, luksusie i rynku wnętrz premium w Polsce, sposobach pozyskiwania nowych klientów, obsłudze i pracy z klientem (również z tym trudnym).Na scenie głównej archiDAY zagoszczą m.in. Dominika J. Rostocka, Monika i Adam Bronikowscy / Hola Design, Igor Gałązkiewicz, Marta Czerkies, Dorota Koziara / AlmiDecor.com, Karol Misztal / yestersen.com, Yassen Hristov, Marcin Grabowiecki i Tom Kurek / hompics.com, profesorowie i wykładowcy Wydziału Architektury Wnętrz Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, reprezentanci partnera wspierającego archiDAY – Röben Polska oraz Centrum Wyposażenia Wnętrz Domoteka w Warszawie – Partnera Głównego tegorocznej edycji archiDAY 2018.
W ramach zajęć praktycznych zaplanowano również bezpłatne warsztaty wizualizacji SketchUp + VRay(by Archiup), warsztaty pCon Planner, Vectorworks i Archicad.
W ramach przestrzeni “Hompics Studio” możecie być Państwo świadkami powstawania wnętrzarskich sesji reklamowych oraz wziąć udział w warsztatach z fotografii wnętrz. Architekci, projektanci i przedstawiciele mediów będą mieli możliwość wykonania bezpłatnej sesji wizerunkowej! Ponadto wspólnie z hompics.com zapraszamy na wystawę fotografii “Wnętrza: made in Poland” oraz zWydziałem Architektury Wnętrz Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie na wystawę“Humanistyczny wymiar użyteczności”.
Gospodarzami tegorocznej edycji archiDAY są Iza Gemzała, Ewa Mierzejewska, Olimpia Ajakaiye iKrystyna Łuczak Surówka.
W przerwach zapraszamy do archiCAFE na rozmowy, networking ipyszne drinki kawowe m.in. “DOMOTEKAwkę” od Jura.
Bezpłatna rejestracja na www.archiday.pl gdzie dostępny jest również harmonogram i program wydarzenia. Rejestrując się na archiDAY otrzymują Państwo także bezpłatny bilet (bezpośrednio na targach)na trwające w tym samym czasie targi Warsaw Home.
Archnet jest patronem medialnym wydarzenia archiDAY 2018. Po imprezie oczywiście opublikujemy swoje podsumowanie z imprezy. Nie mniej jednak z pewnością dowiecie się więcej sami w niej uczestnicząc, do czego gorąco zachęcamy!
Gdzieś na przełomie 2017 i 2018 roku przekonywano nas, że absolutnym hitem jest Hygge, styl, który miał uczynić nas szczęśliwymi. Pamiętacie go jeszcze? Jeśli tak, to zapomnijcie. Nie minął rok a już będą wciskać nam Japandi.
Jednym z moich dawno albo też nigdy nie wykonywanych zawodów jest public relations. Między innymi z tego powodu na wszelkie absolutnie obowiązkowe mody patrzę z przymróżeniem oka. Od lat też otrzymuję od agencji PR-owych niezliczone teksty do publikacji. W większości nudne jak flaki z olejem. Nie mniej jednak pod koniec ubiegłego roku miałem z tego na prawdę dobry ubaw. Zaczęto promować Hygge – duński styl życia, który miał uczynić nas szczęśliwymi. A żeby szczęście było pełniejsze, konieczne było wprowadzenie hygge do naszych mieszkań.
Jeżeli faktycznie istnieje takie zjawisko jak hygge we wnętrzach, z tego co widziałem sprowadza się do kubka dymiącej herbaty, w otoczeniu świeczek i masy łatwopalnych koców.
Umówmy się, PR-owcy napracowali się niemożliwe ale i tak nic z tego nie wyszło. Mam wrażenie, że główny owoc ich pracy to masa instagramowych stylizacji. Jeszcze do końca nie przyzwyczaiłem się do myśli, że teraz wszyscy będą chcieli Hygge, a już zaczynają mi wmawiać, że muszę wprowadzić Japandi!
Co to w ogóle jest to Japandi? To miks minimalizmu zimnej Skandynawii i orientalnego Wschodu. Czyli ani nic nowego ani oryginalnego. Mimo to, już za kilka dni będziemy, pewnie we wszystkich wnętrzarskich magazynach atakowani koniecznością zastosowania go we własnych wnętrzach. Wywalimy koce, świeczki, wielkie kubki z gorącą herbatą i … szczęście w życiu, które nam gwarantowały. Zrobimy rewolucję i wprowadzimy Japandi.
Ale skąd będziemy wiedzieć, że jesteśmy w trendzie?
To proste, bo różnica jest fundamentalna. Hygge to styl skandynawski, taka podniszczona IKEA z dodatkami mogącymi przyjemnie się kojarzyć. Natomiast Japandi to styl skandynawski z dodatkami mogącymi, ale nie muszącymi kojarzyć się z Japonią lub związanymi z nią bardzo swobodnie.
Dla porównania. Oba zdjęcie obrazują inne style. Pierwsze to Hygge.
Poniższe zdjęcie to Japandi.
Na prawdę? To faktycznie są różne style? Doczytuję więc w pojawiających się już publikacjach. Dowiedziałem się, że wstawienie niskiego stolika będzie już Japandi. Doczytałem też, że Japandi lubi naturalne materiały, beże na ścianach a nawet rzeczy z recyklingu. Nieprawdopodobna różnica względem Hygge, w którego istnienie we wnętrzach poważnie powątpiewam. W każdym razie „musicie” z niego zrezygnować żeby nie było obciachu i szybko ściągnąć koce z niskiego stolika do kawy i mieć Japandi.
Nie ufajcie bezkrytycznie w wytwory PR-u; powstałe zlecenie namawiające Was to tego czy innego nazwania stylizacji wnętrz do sesji fotograficznej. Prawda jest taka, że żaden szanujący siebie i klienta projektant wnętrz nie bierze tego na poważenie. Wszyscy oni (wszyscy my) wsłuchują się w potrzeby i gusty swoich klientów, starają się wydobyć najwięcej ile się da z potencjału wnętrza. W tej zabawie nie chodzi wyłącznie o modę, tu głównie chodzi o dobre samopoczucie mieszkańców wnętrz. Nazwa stylu, dopisywana do niej filozofia nie ma aż takiego znaczenia.
Dobrej zabawy w odnajdywaniu stylu Japandi. Za kilka dni będziecie wiedzieć o nim wszytko. Obdarzycie nowym, być może przychylnym spojrzeniem rozwiązania, meble i dodatki, które znacie od lat. A może się mylę, kto wie, może to faktycznie jest fenomen marketingu na więcej niż kilka miesięcy. W przeciwieństwie do swojego poprzednika.
Śniło mi się ostatnio, być może to skutek ostatnich upałów, że byłem na urodzinach u Pani I. Wszystko tam było niebiesko-żółte, stoły uginały się od szwedzkich smakołyków. Nie pamiętam czy był tam kiszony śledź. W każdym razie wśród gości pojawili się jej wielbiciele staży i nieoczekiwanie całkiem nowi. Byłem zaskoczony widząc ich między regałami. Co tu robią hipsterzy?
A tak zupełnie już na poważnie. Ikea przygotowała na obchody swoich urodzin pewnego rodzaju pakiet odświeżonych hitowych projektów z minionych dekad pod nazwą GRATULERA. Premiery są rozłożone w czasie, pierwsza partia wchodzi do sprzedaży pod koniec sierpniu (lata 50. – 60.), druga w październiku (lata 70. – 80.), a trzecia w grudniu (lata 90. – 00.).
Wszystkie można można zobaczyć w katalogu na rok 2019. Tymczasem spójrzmy na małe zestawienie tego co się pojawi w najbliższym czasie z tym, jak ludzie z Ikea reklamowali to kiedyś.
Skoncentrujmy się na latach 50-60 jako najodleglejszych.
To pierwsza strona okładki katalogu z roku 1951. Fotel Strandmon, ponoć był modelem bardzo lubianym przez założyciela Ikea Ingvara Kamprada. W najnowszym wydaniu będzie granatowy.
Nowe krzesła nie są identyczne jak te sprzed lat ale są na tyle podobne, że z łaskawym przymróżeniem oka można je porównać z tymi z katalogu z roku 1961.
Stolik Lövbacken, po raz pierwszy znalazł się w katalogu Ikea z 1954 roku.
Jednym słowem Ikea zrobiła na swoje 75-te urodziny prezent wszystkim tym, którzy nie mieli okazji wydębić od babci starego fotela do swojego nowego mieszkania. Można oczywiście kupić odrestaurowane oryginały ale to z pewnością trochę droższa zabawa. Można też kupić na dowolnym portalu ogłoszeniowym stare i je odrestaurować samemu. Będą miały jeszcze więcej duszy. Nie każdy jednak ma czas, nie każdy potrafi.
Czyli co miłośnicy starego dobrego designu i hipsterzy do Ikea? A czemu nie. W końcu Ikea to już babcia.
Jest doskonałym dowodem istnienia przypadków dobrego polskiego designu w czasach PRL. Choć zniszczenia były poważne, podjęliśmy się przywrócenia jej do stanu umożliwiającego dalszej jej wykorzystywanie. Trochę odmłodzona znowu prezentuje się nieźle.
Jest już naszym swoistym znakiem firmowym, że biorąc się za „generalkę”, gdy podczas oczyszczania mieszkania natkniemy się na coś fajnego, staramy się to odratować. Nie inaczej było tym razem. projekt przywrócenia starej komody odrobiny dawnego wdzięku pojawił się niejako przypadkiem. Stała pośród resztek mebli pozostawionych w mieszkaniu przez poprzedniego właściciela, przeznaczonych na śmietnik.
Uznaliśmy, że we wnętrzu zaprojektowanym przez Martę, znajdzie się dla niej miejsce. W końcu do przykład dobrego designu, rodzaj perełki pośród nieskończonej masy siermiężnych produktów z czasów Polski Ludowej.
Gdy spotkaliśmy się pierwszy raz, mocno posunięta w wieku i zniszczeniach, nasza „przyjaciółka” komoda wyglądał mniej więcej tak. Dawniej połyskująca jak zbroja Ateny lecz obecnie z wysokiego połysku pozostały jedynie odciski niełaskawego dla niej upływu czasu.
Komoda wyprodukowana w Trzcianeckich Fabrykach Mebli. Była elementem większego zestawu, który jednak się nie zachowała.
Jamie Olivier popularny kucharz telewizyjny lubi mawiać, że jeżeli podejdziesz do przygotowywania jedzenia z miłością, ono odpowiednio ci się odpłaci. Przygotowanie komody do odświeżenia wymagało dużo zaangażowania i z tą miłością, przyznam, czasami bywało różnie. Robiłem to w soboty, gdy nasza ekipa remontowa miała wolne i w mieszkaniu było pusto. Przez okno wpadały palące promienie słońca a ja z opalarką w ręce czułem się jak w piekle. Wieczorem, gdy z okna widziałem ludzi idących na orzeźwiające piwko, a ja w hałasie szlifierki wdychałem pył drzewny. No i do tego ciągle ktoś przerywał mi pracę swoim telefonem. Ale to tylko momenty, bo tak na prawdę to lubię takie prace. Pozwalają mi się zrelaksować. Przyznam, że traktuję to w kategoriach hobby.
Mebelek został wykonany z kilku różnych materiałów. Powodowało to pewne problemy przy oczyszczaniu ze starego lakieru i wybarwienia. Fornir na szufladach miał ze 2-3 mm grubości. Trzeba było być ostrożnym i skoncentrowanym jak saper.
Moim zdaniem opłacało się. Mebelek prezentuje się bardzo przyzwoicie. Wierzę, że najemcy mieszkania, będą dla niego łaskawsi niż poprzedni użytkownicy. I dadzą mu szansę posłużyć jeszcze przez wiele lat. Jesteśmy z Martą zadowoleni z efektu, wiemy, że właścicielom, dla których przy okazji remontu odnowiliśmy tę komodę, też się spodobała.
Wyobraźmy sobie taką scenę, jeśli to komuś pomoże przyjmijmy, że z serialu. Jest w niej On, niczego sobie ale bez szaleństw i Ona. Przystojna jak cholera. Wiem, to językowy anachronizm powiedzieć o kobiecie, że jest przystojna. Skoro jednak jest przystojna, to w sumie czemu by tak o niej nie powiedzieć? Mógłbym powiedzieć, że babka z klasą, albo że elegancka. To wszystko byłaby prawda ale – no właśnie „ale”. Bo przecież nie chodzi o kobietę uniwersalnie urodziwą. Jest to raczej przykład kobiety doceniającej piękno z jego wyważeniem i interesującym urokiem. Przy kimś takim nie chce się wypaść „blado”.
Nie wiemy jak i kiedy się poznali. Choć wiemy, że nie są sobie zupełnie obcy i, że Ona pierwsza zdobyła się na odwagę i zaprosiła Go na drinka. Wchodzą do jej mieszkaniaOn staje jak wryty. Na chwilę opada mu przysłowiowa szczęka. Wnętrze idealnie zrównoważone, nowoczesne i eleganckie zarazem. Jak z żurnala, widać klasę, dbałość o szczegóły. On wyraźnie traci rezon. Chcąc otrząsnąć się z szoku i wyjść z tego jakoś przyzwoicie. Odwraca się do niej i pyta – IKEA? (Nikt, nawet On, nie nie ma wątpliwości, że to nie jest IKEA). Ona robi znaczącą pauzę i mówi – Ale służy do tego samego. Wskazuje wzrokiem na sofę. Siadają i nastrój niestety też siada.
Dlaczego faceci są tak beznadziejni – powie czytelniczka. Zrobił co mógł – pomyśli czytelnik. Mógł przecież dla uzewnętrznienia zachwytu użyć onomatopei typu „Oo!” albo „Uu! Czy też wyświechtanego „łał!” lub rzucić coś w rodzaju „wyczesane” mieszkanko. Osobiście nie znoszę tego zwrotu, szczególnie gdy w lustrzanym odbiciu moja glaca lśni jak dzbanek złota na końcu tęczy. Tak czy inaczej powiedział coś głupiego. Zareagował tak bo był zaskoczony i zawstydzony.
I tu dochodzimy do sedna sprawy. Dlaczego nas facetów tak bardzo kompromituje nieumiejętność naturalnego podejścia do dbałości o piękno? Obojętnie miejsc, rzeczy czy własnej urody. Czy jest tak, że nas facetów zawstydza piękno bo jest nam zupełnie obce? W pierwszym odruchu przychodzi mi do głowy myśl, że faceci i pojęcie piękna to dwie rzeczy tak odległe, że dystans między nimi można mierzyć jedynie kosmiczną skalą odległości. Czy na pewno?
Z pomocą przychodzi mi tutaj męska pasja do super samochodów. Wielu z nas wiele by dało za możliwości posiadania na przykład Mercedesa SLS AMG. Czytelniczkom, którym nazwa ta może niewiele mówić, śpieszę wyjaśnić, że jest to monstrum o absurdalnie długiej masce, z idiotycznymi drzwiami otwieranymi do góry. Z silnikiem tak dużym i nieekologicznym, że samo spojrzenie na wskaźnik poziomu paliwa wpływa na notowania cen baryłki ropy na światowych giełdach, a samo uruchomienie auta powoduje ocieplenie klimatu. Jeremy Clarkson z programu „Top Gear” określił go mianem „Niszczyciel światów”. Mimo tego samochód ma jedną uniwersalną cechę, jest po prostu piękny.
Czyli nie jest tak, że facet jest na piękno ślepy. Dlaczego więc dla części z nas kwestia dobrego wyglądu wydaje się być wstydliwa. Być może wynika to z faktu, że od zawsze byliśmy odpowiedzialni za bieganie z kosą po łące. Nazywało się to utrzymaniem rodziny. W innych okolicznościach, w zorganizowanych grupach przeganialiśmy obcych, którzy przyszli naszą łąkę zabrać. Nazywało się to wojowaniem. Te zajęcia teoretycznie mogły wpłynąć na pogardę dla wyglądu własnego, jako czegoś nieistotnego, na co nie mamy czasu. Spójrzmy jednak na odświętne stroje ludowe albo na starannie skrojone mundury galowe. Nie ma wątpliwości, że dawniej mężczyźni lubili dobrze wyglądać. I poświęcali temu nie mało czasu oraz środków.
Oczywiście mamy za sobą siermiężne dziesięciolecia komunizmu i trudne czasy przemiany ustrojowej. To wszystko jednak minęło. Jak to więc jest, że mężczyzna potrafi znaleźć czas na polerkę samochodu a ma problem z dostrzeżeniem swojego nie najlepszego wyglądu – co często jest eufemizmem do zwrotu bardziej dosadnego.
Z całą pewnością nie jest to wynikiem planowego, wysublimowanego działania. Wiedząc, że na zaniedbanego faceta nie spojrzy żadna kobieta. Można by założyć, iż nie dbałość o wygląd własny jest formą troski o dobre samopoczucie partnerki. Wiemy przecież, że tak nie jest. Mężczyźni są opiekuńczy, ale nie aż tak ofiarni. Sami przecież korzystają z możliwości kręcenia głową i wodzenia wzrokiem. I często żałują, że nie mają oczu niezależnie obrotowych jak kameleon. Mogli by wtedy jednym okiem patrzeć na nowe żelazko pokazywane przez żonę a drugim, ukradkiem, patrzeć na ładną kobietę przechodzącą w pobliżu. Czyli nie jesteśmy ślepi na piękno. Ale zaklinam Was dziewczęta nie złoście się, nie inaczej przecież znalazło się dla Was miejsce w naszych sercach.
Podsumowując, wiele wskazuje na to, że mężczyźni nie są ślepi na piękno. Czasami może ich ono onieśmielać lecz wynika to raczej z braku przyzwyczajenia albo faktu, że nikt im nie pokazał jak je oswoić. Jednym słowem drogie czytelniczki, bo któraż nie chciałaby mieć księcia z bajki, staje oto przed wami nie lada wyzwanie! Pomóżcie nam oswoić piękno. Drodzy Panowie, daliśmy radę z dzikimi rumakami, zmianą wilka w kanapowego pikusia, potrafimy opanować moc dwustu koni ukrytych w maszynie. Powinniśmy poradzić sobie i z lipolizą czy toksyną botulinową.
Pozostaje nam jeszcze pytanie czy faceci wstydzą się piękna? A jeśli tak, to czy to dobrze o nas świadczy? W odpowiedzi ktoś mógłby postawić tezę, że to w obronie naszego męstwa. Skoro tak, powiedzmy sobie szczerze, nie świadczy najlepiej o mężczyźnie fakt, że boi się zrobić coś, co kobiety od dawna robią bez lęku i sprawia im to frajdę.
Tekst został napisany dla magazynu „Medycyna Estetyczna”; ukazał się w numerze 2/2018
Rośliny doniczkowe sporo namieszały ostatnio we wnętrzach, znowu są w modzie. I nie mówimy o tej wielkiej 50-letniej paproci, której wasza babcia nie ma serca wyrzucić. Mamy raczej na myśli sukulenty, rośliny pnące, drzewa figowe i całą pozostałą zieleń, która króluje ostatnio na blogach na Instagramie i w projektach wnętrz. A zieleń po prostu pasuje do trendu boho.
Przez kilka kolejnych lat rośliny w „modnych” wnętrzach były umiarkowanie tolerowane, trochę na zasadzie: jeśli szafka czy stolik były puste – mała roślina doniczkowa będzie odpowiednim rozwiązaniem.
Nie mogę uwierzyć, że wszyscy bankierzy są granatowo – szarymi ludźmi o sercach z kamienia i poczuciu humoru ludożercy. Wyobrażam sobie raczej, że mieszkają we wnętrzach o hipisowskiej kolorystyce, urządzonych z surferskim luzem i domieszką bohemowskiej indywidualności. Jeśli faktycznie tak jest, to kupcie konewkę bo będziecie podlewać kwiaty.
fot. Hunker
Może gigantycznych rozmiarów roślina zamieszka w twoim salonie?
fot. Hunker
Zamiast inwestować w duże dzieło sztuki, rozważ zainwestowanie w dojrzałą roślinę doniczkową. A może masz szczęście, posiadasz już taką, którą pielęgnujesz od lat. Warto dać jej szanse, tylko niech to doniczka będzie dopasowana do wystroju wnętrza i rozmiaru rośliny. Daj sobie spokój z trzymaniem giganta w starym plastikowym wiadrze i utrzymywanie jej w pionie systemem sznurków i patyczków.
Małe roślinki w centralnym punkcie stołu
fot. Hunker
Zamiast, umówmy się, otrzaskanych już świec czy figurek z podróży, na stole można postawić przecież małe kolorowe kwiatki aby uzyskać świeży, nie wymagający wysiłku efekt wizualny.
Półka z kwiatami nad łóżkiem
fot. Hunker
A czemu by nie. Pewnie masz tam książki, których nie czytasz w łóżku, wieczorem jesteś zbyt zmęczony a rano zwyczajnie nie masz na to czasu. Czy nie marzysz czasami by położyć się na łące, w otoczeniu zieleni, i nic nie robiąc gapić się w w niebo? Marzenie niby proste ale mało realne do spełnienia w szerszym kontekście czasowym. No chyba, że rzuciłeś pracę w banku i zajęłaś się wypasem krów.
Zainstaluj wiszące donice
fot. Hunker
Wiszące donice, sprawa jeszcze jakiś czas temu mocno kontrowersyjna, w ciągu ostatniego roku były nie do uniknięcia. I nie bez powodu: mogą stworzyć doskonały efekt końcowy w wystroju pokoju.
Wypełnij pusty parapet
fot. Hunker
Parapety praktycznie prosi się o wiszące rośliny. Ponadto nigdy nie będziesz musiał się martwić, czy mają wystarczająco dużo światła słonecznego.
Dopasuj tapetę do swojej rośliny
fot. Hunker
Tak, to odważny pomysł … ale działa. W pewnym sensie rośliny domowe są neutralne i nie konkurują z tapetą mogąca stanowić dla nich interesujące tło.
Rośliny doskonale pasują do pustych miejsc, w których nie wiesz co postawić. Wcale nie są obciachem, lepiej zdecydować się więc na roślinę, która wniesie trochę życia do wnętrza, niż zrobić sobie galeryjkę „durnostojek” z wakacyjnych podróż, gdy twój umysł był w fazie „turysta”.
Rośliny są fajne, pomagają się zrelaksować a to głównie robimy w swoich domach. Również bankierzy, mam nadzieję.
Czasami, określając wystrój mieszkania, mówi się to takie „męskie wnętrze”. Co to właściwie jest te męskie wnętrze? Pytam, bo w sumie nie wiadomo czy się obrazić słysząc to, czy nie. Myśląc o „męskiem wnętrzu” można przyjąć, że jest albo bardzo surowe, albo do bólu praktyczne, albo też jest zbieraniną przedmiotów – bo krzesło służy do siedzenia a nie do „pasowania” do innych przedmiotów.
Próbując odpowiedzieć sobie na pytanie jakie właściwie jest to męskie wnętrze, pomyślałem o mieszkaniach kolegów. I faktycznie, jest z nimi bardzo różnie. Jeden wypełnił mieszkanie swoją nieskończoną pasją. Wiedzie go pragnienie uratowania od zapomnienia praktycznie wszystkiego co stare. Zbiera rzeczy i przynosi do domu, jednak nigdy nie znajdzie już czasu na ponowne nadanie im jakiejkolwiek wartości. Drugi, trochę jakby zamieszkiwał przeciwny biegun tej samej słabości. Stworzył w swoich wnętrzach niezwykle eklektyczną (w mojej ocenie gustowną) mieszankę nowoczesności i artefaktów. W salonie z nowoczesną kuchnią, zaprojektowaną zresztą przez Martę, połączył nowoczesne meble ze pianinem z lat 20-tych XX wieku, swoją kolekcją gipsowych figurek Maryi. Skupuje je skrzętnie u ustawia w nowoczesnym wnętrzu salonu. Same w sobie są raczej tandetne, jak to figurki z przydrożnych czy cmentarnych kapliczek. Jednak w połączeniu z resztą wyglądają dobrze. Na ścianach nieprzeliczona kolekcja przedwojennych planów Breslau (Dziś to nasz ukochany Wrocław).
Ja sam, na swojej ścianie mam kolekcję wspomnień zamkniętych w ramkach. Rzeczy zupełnie niepraktyczne. Mam tam starą mapę (z 1868 roku) prowincji śląskiej, obok której wiszą: ulotka wyborcza naleziona kilka lat temu na pograniczu Czarnogóry i Albanii, zdjęcie żelaznego wilka, który przyśnił się litewskiemu księciu, werset z koranu na bydlęcej skórze – kupiony w sklepie z dewocjonaliami w południowej Ulcinij, stara po-brytyjska pocztówka z Indii, na których dziś uliczni artyści – handlarze w Bombaju malują czarno-złote słoniki. Pomiędzy tym wiszą zdjęcia, np.: „Anioł swobody” chorwackiego rzeźbiarza sfotografowany przeze mnie w lapidarium na jednej z dalmackich wysp, zdjęcie żelbetowego sklepienia hali targowej we Wrocławiu. Jednym słowem nic praktycznego, konkretnego czy tematycznego.
Dla odmiany znajomy, któremu Marta konsultowała wystrój świeżo kupionego mieszkania, zamawiając stolik, którego konstrukcję stanowi zespawany z metalowych profili sześciobok, zadbał by jedna krawędź konstrukcji była otwarta. Czemu? Ano z bardzo praktycznych powodów, żeby odkurzacz – robot mógł wjechać pod stolik. Bardzo praktycznie prawda?
Tak więc „męskie wnętrza” mogą być bardzo różne. Dla zobrazowania przykładów wybrałem dwa odmienne projekty. Jeden to mieszkanie minimalisty. Drugi to mieszkanie mężczyzny ułożonego i zorganizowanego.
Gdybym był w wojsku
Gdyby życie potoczyło się inaczej i odbyłbym służbę wojskową, mieszkał sam a praca wymagałaby ciągłych podróżny. Być może urządziłbym swoje mieszkanie w bardzo surowym stylu. Bo po co facetowi – singlowi coś więcej.
Jest trochę jakby mieszkać na budowie ale w sumie jest wszystko co potrzeba. Są ściany, jest podłoga, wygodna sofa. Z jednej strony jest to rodzaj pustelni a co więcej mężczyźnie trzeba.
Lubię gotować więc kuchnia jest potrzebna ale jedzenie „na mieście” sprawia mi równie dużą przyjemność więc bez przesady z wyposażeniem.
Szafa i sypialnia podporządkowane funkcjonalności i prostocie.
Dużo światła i biurko pod ręką. Odpowiadałoby mi to.
Łazienka to miejsce gdzie dba się o higienę, cóż więc więcej potrzeba?
Gdybym nosił garnitur
Gdybym prowadził ustabilizowane życie, nosił garnitur i wieczorami miał dużo czasu na korzystanie z uroków dużego miasta. Pewnie wybrałbym taki prosto – elegancki styl wystroju wnętrza swojego mieszkania. Bo to przecież warto zawsze mieć styl.
Wnętrze przytulne, mieszkanie nie za duże. Na ścianach okładziny z betonu architektonicznego dodają industrialnego stylu ale dodatki czynią wnętrze przytulnym. Mimo zimnych barw.
Jest kuchnia i jest gdzie zjeść śniadanie lub posadzić znajomych z drinkiem przed wyjściem do miasta.
Elegancko i w sumie też minimalnie. Nie przekreśla to jednak wykorzystania stylowych, porządnie wykonanych rzeczy oraz dodatków nadających wnętrzu cech indywidualnych.
Wygodne łóżko, miejsce do czytania lub trwonienia czasu przed telewizorem. Jednym słowem jest wszystko!
No to jakie w końcu jest to wnętrze noszące cechy męskiego? Zorganizowane, praktyczne do bólu, minimalistyczne, z dobrym designem? Czy chaotyczne, wypełnione masą nieprzystających do siebie bibelotów? Przykłady dwóch powyższych projektów pokazują, że może być zorganizowane. Mimo diametralnie odmiennych stylów, może być też dobrze zaprojektowane.
Oczywiście bywa, że tak zwane „męskie wnętrze” jest encyklopedycznym przykładem bezguścia. Ale czy nie bywa tak i w przypadku „dziewczyńskich” wnętrz? Nie dajmy się zwariować, dobre „męskie wnętrze” to takie, które oddaje charakter mieszkającego w nim mężczyzny. Samo wnętrze, jako takie, nie może być męskie.
Hakowanie mebli z Ikea to ciekawy trend, zresztą sama firma swoimi nowymi projektami zdaje się do tego zachęcać. I dobrze, bo ta fajna zabawa dająca ogromne możliwości indywidualizowania wnętrz. Ograniczeniem jest jedynie wyobraźnia. My tym razem przerobiliśmy regał Kallax na komodę pod telewizor, w małym mieszkaniu na wynajem.
Zaczynamy standardowo. Wycieczka do marketu, zakup. My wybraliśmy biały regał Kallax. To bardzo wdzięczny mebel do przeróbek. Sama IKEA zaprojektowała go tak, by mógł stać pionowo, poziomo albo wisieć. Jego wielofunkcyjność sprawia, że doskonale nadaje się do wszelkich przeróbek. (Pokazywaliśmy już na naszym Facebooku wiele pomysłów na jego wykorzystanie)
Kolejnym krokiem jest rozpakowanie i skręcenie gotowego mebla. Nie ma w tym żadnej filozofii, chyba każdy już kiedyś to robił.
I tu przychodzi czas na, drobną tym razem, przeróbkę mebla. Czyli hakowanie jak to się obecnie nazywa. Cóż moda to również nowa nazwa dla „rzeczy”, które robione był i wcześniej lecz pod inną nazwą.
Wybraliśmy się do sklepu z materiałami i produktami z drewna. Kupiliśmy, z końcówek zapasów magazynowych, dwie toczone tralki (lub jeśli ktoś woli szczeble) do poręczy drewnianej. Potrzebowaliśmy dwóch o symetrycznym wzorze toczenia, bo po rozcięciu powstaną z nich cztery nogi.
Rozcięliśmy je symetrycznie, delikatnie przeszlifowaliśmy drobnym papierem ściernym. Zawsze trzeba tak zrobić z surowym drewnem. W przeciwnym razie po pomalowaniu drewniane „włoski” wstana i element będzie bardzo chropowaty. Następnie pomalowaliśmy je półmatowym lakierem bezbarwnym.
Odmierzyliśmy w regale symetrycznie punkty i przewierciliśmy boczną ściankę regału, która teraz będzie spodem. I tu drobna rada. Meble z Ikea nie są zrobione w całości z takiego materiału, z jakiego wydaje nam się, że są zrobione. To znaczy, rama z MDF wypełniona jest strukturą papierową nazywana „plastrami miodu” i oklejona okleiną. Dzięki temu meble są lżejsze przy zachowaniu przewidzianej stabilności. Dlatego gdy wiercisz otwory w miejscach do tego nie przewidzianych, spodziewaj się, że trafisz na pustą przestrzeń. Z tego właśnie powodu do przymocowania nóg użyliśmy długich śrub, przechodzących na wylot, zamiast wkręcić śruby z dwoma gwintami do dołu.
W nogach nawierciliśmy otwory, trochę mniejsze od średnicy śruby, która będzie w nie wkręcona. Zapobiega to pęknięciu drewna. Dodatkowo do otworów i w miejscu styku nogi z meblem, zastosowaliśmy odrobinę kleju stolarskiego.
Przykręciliśmy nogi, i zostawiliśmy na czas aż klej zwiąże. I gotowe. Pozostaje postawić telewizor i jakieś bibeloty.
Jeszcze dwie uwagi na koniec. Warto otwór, w który wejdzie śruba (od strony „łebka”) trochę pod fazować. Są do tego odpowiednie końcówki albo wiertła, które same fazują. Dzięki temu główka śruby nie będzie wystawać. My dodatkowo kupiliśmy białe „kapsle” maskujące główkę śruby. Można dostać je w każdych markecie budowlanym. Paczka ze stoma sztukami kosztuje kilka złoty, więc jeśli potrzebujemy tylko czterech i tak wychodzi tanio. Oczywiście możemy wykorzystać je w przyszłości jeśli planujemy jeszcze jakieś prace z meblami.
Zdobyliśmy stare krzesła krajowej produkcji z lat 60-tych ubiegłego wieku. Były wykonane porządnie, ponieważ wtedy nie umiano jeszcze inaczej. Właśnie z powodu tej – ówczesnej – ułomności technologicznej krzesła przetrwały do dzisiaj. Odświeżyliśmy je i nadaliśmy nowy wygląd. Posłużą wiele kolejnych lat.
Jakiś czas temu, choć może bardziej pasowałoby – dawno, dawno temu. Było to w latach 60-tych ubiegłego wieku. Dwoje młodych ludzi urządzało się gdzieś pod Legnicą. Będąc we Wrocławiu udało im się kupić nowe krzesła. Następnie w spadku dostały je dzieci, razem z domem. Lata mijały, wiele śniadań, obiadów, kolacji i rodzinnych uroczystości. Aż wylądowały w jakimś garażu albo komórce. W końcu postanowiono się ich pozbyć. I tak, po prawie 50 latach, wróciły do Wrocławia gdzie zostały przez nas odnowione. Ich odnawianie to była fajna zabawa.
Krzesła w swoim, prawie, oryginalnym wyglądzie. Tapicerka siedziska, kiedyś z zielonego materiału została przez poprzednich właścicieli zamieniona na brązową. W takiej postaci trafiły do nas.
Cztery krzesła kupiliśmy za 25 zł sztuka pod Legnicą. Kiedy je zobaczyliśmy na portalu ogłoszeniowym, wiedzieliśmy, że chcemy je mieć. W kwestii transportu skorzystaliśmy z uprzejmości znajomego, który mieszka kilkadziesiąt kilometrów dalej i w drodze do Wrocławia odebrał je dla nas. Tak więc transport wyszedł w sumie gratis.
Siedzisko już zdjęte. Marta szuka materiału na nową tapicerkę, ja biorę się do usuwania starego lakieru.
Wszystkie cztery krzesła, technicznie były w doskonałej kondycji. Nie kiwały się, nie było żadnych złamań. Wystarczyło usunąć stary lakier na wysoki połysk – tu i ówdzie lekko obity – i pozbyć się też bejcy nadającej ciemne wybarwienie.
Krzesło już bez lakieru.
W trakcie czyszczenia doszliśmy do wniosku, że zostawimy tu i ówdzie delikatne przebarwienia po starym kolorze. W końcu to stare krzesła. To była dobra decyzja. Z czyszczeniem krzeseł, zwłaszcza takich z dużą ilością szczebli, zawsze jest dużo pracy. Tym bardziej ucieszyłem się, że czyszczenie nie będzie wymagało ode mnie laboratoryjnej precyzji.
Stare krzesło w nowej odsłonie. Zniknął stary lakier i wybarwienie, teraz widać drewno w jego naturalnym kolorze.
Krzesła od początku planowane były do konkretnego mieszkania, dlatego uznaliśmy, że kolorowa tapicerka w geometryczne wzory będzie najodpowiedniejsza. Tapicerką zajęła się Marta, zajęło jej to jakieś pół godziny. Więcej czasu zastanawiała się nad wyborem materiału na siedziska. Materiał zamówiliśmy w sklepie internetowym więc z niecierpliwością oczekiwaliśmy dostarczenia przesyłki. Kolor materiału, na stronach sklepu, na każdym monitorze wyglądał nieco inaczej. Była to więc trochę niespodzianka ale jak się okazało po otwarciu paczki, udana.
Do krzeseł potrzebny jest stół. Też z odzysku ale to już inna historia.
Mamy już krzesła, trzeba zorganizować stół. Nie chcieliśmy łączyć krzeseł z historią z zupełnie nowym stołem. Ten stół to odrębna historia. To w zasadzie połączenie blatu od jakiegoś stołu (Oryginalnie prawdopodobnie był na czterech nogach, domyślam się po śladach na spodniej stronie blatu)
Okrągły sosnowy blat z mocno zżółkiniętym lakierem, kiedyś był częścią zupełnie innego stołu.
Mamy już zdobyczny używany okrągły blat sosnowy, który wymagał jedynie wymiany lakieru. Ten stary, mocno zżółknięty nie wygląda zbyt dobrze. Do tego kolorystycznie bardo odróżnia się od krzeseł. Nigdy nie będą wyglądać identycznie, bo krzesła i blat wykonane są z innego drewna, ale odczyszczenie i pokrycie tym samym lakierem pozwoli im się „dopasować” do siebie.
Balt stołu już oczyszczony. To była trochę męka, bo lakier na wysoki połysk przeznaczony był chyba do sal gimnastycznych a nie dla mebli.
Stół z blatu z odzysku i zwykłych hydraulicznych salowych rurek i kolanek, pomalowanych na czarno jest już gotowy. Jeszcze ostatnie spojrzenie, czy może w tym wnętrzu stanowić komplet z krzesłami. I wszystko gotowe!
Wszystko już gotowe i ustawione na miejscu.
Wygląda to właśnie tak. Uważamy, że wyszło fajnie. Ten projekt dał nam dużo radości, było trochę pracy ale zabawy więcej.
Komplet czterech krzeseł kupiliśmy za 100 zł, stół w sumie za 250 zł. Dołożyliśmy do tego materiał na siedziska za 49 zł (z przesyłką, puszka lakieru satyna półmat za około 50 zł (można wybrać tańszy). W sumie meble i materiały do renowacji kosztowały nas 450 zł
Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.