O tym, że meble drewniane podaje się renowacji wiedzą albo domyślają się wszyscy. Pamiętajcie, że meble z laminowanej płyty meblowej też można poddać renowacji. Wystarczy użyć farby do mebli dostępnej w każdym markecie budowlanym.
Tak się złożyło, że w nowo zakupionym (na rynku wtórnym) mieszkaniu, które dostało się „w nasze ręce”, wśród kilku pozostawionych mebli znalazły się też trzy komody. Myły raczej zdewastowane niż podniszczone. Głównie w kontekście konstrukcyjnym – elementy korpusów były pęknięte tu i ówdzie. W okleinie górnych blatów odparzenia – ślady po gorących garnkach. (Na komodach w pokoju ślady po gorącej patelni. Dziwne prawda?).
W mieszkaniu zostały w sumie trzy komody: dwie w formie „słupków” i jedna „klasyczna” w proporcjach. ( W tym mieszkaniu zostało też łóżko, które odrestaurowaliśmy i lekko podniszczone lustro – też je odratowaliśmy.)
Wyjęliśmy szuflady, naprawiliśmy elementy konstrukcyjne za pomocą wzmacniających blaszek. Następnie papierem o drobnej ziarnistości przetarliśmy powierzchnię laminatu, by farba lepiej się trzymała.
Szuflady pomalowaliśmy w różnych kolorach, teraz można się nimi bawić – układając w dowolnych konfiguracjach.
Blaty – były najbardziej zniszczone – pomalowaliśmy na szaro.
I renowacja skończona. Komody wyszły świetnie. Miały wylądować na śmietniku a wystarczyło w zasadzie je tylko pomalować.
Niezmiennie zadziwia mnie zjawisko, nie boję się tego słowa, tandeciarstwa niektórych właścicieli mieszkań na wynajem. Zjawisko to jest o tyle interesujące, że inwestując w takie mieszkanie właściciel liczy na możliwi duży i stały zysk. Powinien tym samym być zainteresowany niezbędną odrobiną wysiłku by był możliwie największy.
Jest dla mnie rzeczą oczywistą, że przygotowując mieszkanie do wynajmu, jak w każdym innym działaniu biznesowym należy optymalizować koszty. Nikt, kto potrafi liczyć, nie zainwestuje w wyposażenie małego mieszkanka w ekskluzywne meble czy sprzęty z najwyższej półki. Wyłączając oczywiście przypadki nieprawdopodobnie drogich lokalizacji gwarantujących wynajem dużo powyżej rynkowej średniej. Nie potrafię jednak zrozumieć, gdy inwestor liczący na długoterminowego, stałego i stabilnego finansowo najemcę, urządza je w sposób tandetny, ledwie trzymającymi się kupy sprzętami. I tu pojawia się stwierdzenie – Muszę liczyć koszty.
Nic bardziej mylnego! Tanio nie musi oznaczać źle. Mała, minimalistyczna kuchnia wcale nie musi być brzydka i tandetna. A oszczędność powinna oznaczać, że mebli nie trzeba będzie wymieniać wraz z każdym kolejnym najemcą.
Nawet niedrogi blat kuchenny może wyglądać ładnie, a kuchnia nie musi być tylko sztampowym zestawieniem szafek. Można „zagrać szufladami i innymi elementami wykończenia. Nie naruszając reżimu budżetu.
Wyposażając małe mieszkanie nie musimy planować wielkiej operacji logistycznej. Dla przykładu, zaopatrując się w którejś z sieciówek wnętrzarskich możemy spojrzeć na wyposażenie całościowo i tak dobrać wyposażenie by tworzyło w miarę spójną całość.
Pracując dla naszych klientów – inwestorów, mówimy, że rynek nieruchomości na wynajem to swego rodzaju konkurs. Otrzymuje się w nim noty za lokalizację, wygląd i cenę. Na notę za cenę składa się tez ocena za dwie pierwsze kategorie. Gdy słyszymy o ograniczonym budżecie, mówimy – OK. rozumiemy zrobimy to oszczędnie ale z pomysłem, w końcu chcesz, żeby mieszkanie dobrze się wynajmowało. Będzie oszczędnie ale nie może być odstraszająco.
Wynajmujący nie może odnieść wrażenia, że jeśli się zdecyduje będzie się męczył w mieszkaniu przez cały czas najmu.
Sprawdzą się najprostsze rozwiązania jeśli tylko dadzą najemcy szansę by poczuł się we wnętrzu dobrze. Niewielka łazienka, urządzona niewielkim kosztem? To nie problem ale postarajmy się by nie była odrażająca.
Czasami lepiej jest zbudować kabinę prysznicową niż zdecydować się na zakup czegoś, co zaraz się rozpadnie i przysporzy dodatkowych problemów.
Reasumując. Nawet niewielki budżet nie jest tak na prawdę poważnym problemem. Nie mniej jednak, nie należy spodziewać się dobrych, stabilnych przychodów z najmu jeśli nie włoży się w przygotowanie mieszkania najmniejszego wysiłku. Najprościej rzecz ujmując, przygotowanie mieszkania do wynajmu to swoista gra z rynkową rzeczywistością. Dobrze jest nie przeinwestować ale fatalnym błędem jest też niedoinwestowanie. To się zwyczajnie nie opłaca w ostatecznym rozrachunku.
Dzięki popularności pokornego kafelka typu Subway i prostych kamiennych płytek łatwo zapomnieć, że jest wiele innych sposobów, dzięki którym można wprowadzić trochę niebanalnej dynamiki we wnętrzu swojego domu. Kilka przykładów w kuchniach i łazienkach.
Jeśli chodzi o płytki typu Subway – no wiecie, te białe prostokątne w proporcji cegiełki – to bardzo je lubię. Jak wielu mężczyzn lubię oczywistości. Wciąż są modne, często w zestawieniu z czarnymi dodatkami. Robi się wtedy trochę loftowo. Często mówiąc o wzorzystych płytkach, myślimy o barwnych kolorach. A przecież może być klasycznie czarno-biało. Monochromatyczna paleta kolorów w geometryczne wzory daje pomieszczeniu poczucie wyrafinowania i wytrzymuje próbę czasu.
Płytki w kuchni ale w miejscach nieoczywistych.
Wyspa kuchenna nie jest w polskich wnętrzach bardzo popularnym rozwiązaniem. Głównie ze względu na rozmiar naszych kuchni. Jednak tak zwane „barki śniadaniowe” nie są już taką rzadkością. Zwykle są to elementy meblowe ale czemu by nie wykorzystać praktyczniejszych płytek. Zabezpieczą przed śladami po przypadkowych kopnięciach i mogą wprowadzić trochę nieoczywistej dynamiki we wnętrzu.
Kafelkowanie części „śniadaniowej” zapewnia nieco większą trwałość powierzchni, a jednocześnie czyni element kuchni bardziej stylowym.
Płytka ba wyspie czy barku kuchennym nie musi być taka sama jak ta użyta na panelu kuchennym pod szafkami, szczególnie jeśli jest on gładki (Jak w przypadku wspomnianego wcześniej białego wzoru Subway). Poza tym, pozwala nadać frontowi wyspy więcej charakteru.
Wzorzyste płytki w łazience.
Dywan w łazience może być piękny, ale w maleńkich łazienkach nie jest zbyt praktyczny. Wzorzysta kompozycja płytek daje wygląd dywanu z zachowaniem trwałości i praktyczności charakteryzujących typowy sposób wykańczania podług w polskich łazienkach.
Połączenie wzorzystej podłogi z ogrzewaniem podłogowym sprawi, że poczujesz się jak na przytulnym dywanie.
Wzorzyste pasy na ścianach łazienki.
Paski skomplikowanych płytek zdań, najczęściej o szerokości od dwóch do trzech płytek, mogą wnieść wiele życia do przestrzeni łazienki lecz bez przytłaczania jej intensywnym wzorem. To świetny sposób, aby wprowadzić odrobinę stylu do swojej łazienki dzięki egzotycznemu lub „zabytkowemu” wzorowi płytek, bez przypominania „pomieszczenia tematycznego”.
Zabaw się płytkami, nierówne krawędzie.
Sześciokąty są popularnym kształtem płytek, ale ich ukośne krawędzie oznaczają, że często są one nieco trudniejsze w położeniu niż zwykły prostokąt. Taki kształt wiąże się z elementami, które trzeba przyciąć, aby boki kończyły się wyraźnie w linii prostej lub narożniku. Można więc też rozważyć pominięcie wszystkich tych problemów i pozwolić, aby płytki skończyły się gdzie to wyjdzie z układu, tworząc swobodną kompozycję. Nie wszystko musi być od narożnika do narożnika, jak w pudełku.
Takie swobodne podejście podejście to kolejny sprytny sposób na wprowadzenie kafelka w śmiałym kolorze lub wzorzystym wzorze bez zdominowania wnętrza. Można dodać niewielki obszar płytek, aby zapobiec plamom i zalaniu, dodając przy okazji trochę indywidualnego stylu.
Wielokolorowy akcent.
Jeśli ty lub twój kafelkarz ma trochę cierpliwości, możesz również kupić wielotonowy zestaw mozaikowy i oddzielić poszczególne płytki (lub małe grupy) od jasnego do ciemnego, a następnie ułożyć je w układzie rozjaśniającym – zanikanie przez wiele odcieni.
Ta ściana akcentująca prysznic prawdopodobnie zajęła trochę czasu, jej ułożenie wymaga cierpliwości, ale wynik jest zdecydowanie ożywczy.
Zabawa teksturą – płytki 3D.
Płytka nie musi być jaskrawo zabarwiona, aby nadać wyraźny akcent wnętrzu. Jeśli chcesz nadać charakteru z pomocą niebanalnych płytek, ale chcesz również, aby Twoja kuchnia lub łazienka była biała i lekka, weź pod uwagę płytkę z teksturą – tzw. płytki 3D. Mogą one dodać poczucie elegancji do twoich powierzchni bez rozbijania minimalistycznej palety kolorów.
Teksturowane kafle mogą być używane na całej powierzchni, ale często wyglądają najlepiej, gdy są używane jako akcent, szczególnie jako backsplash w kuchni lub za próżnością.
Zwróć uwagę, że w tej łazience użyto pionowego pasma subtelnie teksturowanych płytek w obszarze umywalki, z bardziej gładką płytką ceramiczną na sąsiednich ścianach. Ogólny efekt jest przygaszony, ale tworzy wyraźną oprawę i świetnie pasuje do kontrastujących czarnych akcentów. Paleta kolorów jest prosta, ale łazienka wydaje się eleganckie, a to daje poczucie wyrafinowania.
W przypadku przestrzeni tradycyjnych lub przejściowych spróbuj zastosować płytki o nieregularnych krawędziach, takich nieco nierównych w formie w pięknie niedoskonały sposób. Możesz też położyć je w tzw, jodełkę. Daje to poczucie tekstury, ponieważ sąsiadujące płytki nie są ustawione w linii, tworząc subtelny falujący efekt, który sprawia wrażenie dotykalnego i stylowego.
Cement i beton.
Beton polerowany czy elementy wyposażenie z betonu architektonicznego na świecie od jakiegoś już czasu są hitem. Niestety, mam wrażenie, że w Polsce trudno nam się do tego przekonać. Szkoda. Zgoda, wylanie betonowej podłogi wiąże się z gruntownym remontem i nie zawsze jest możliwe czy sensowne. Jednak można przecież dodać odrobinę chłodnego betonu z kilkoma płytkami z betonu lub betonu. To nie jest wielki problem a ciekawie wyróżni wnętrze choćby toalety.
Ten teksturowy materiał jest doskonałym dodatkiem do współczesnych przestrzeni, szczególnie w łazienkach, ponieważ ma czysty wygląd, ale z fakturą, która kontrastuje i uzupełnia gładką porcelanę i szczotkowane metale, nadając wnętrzu nowy nieco techniczny wymiar.
Pokolorować podłogę.
Kto powiedział, że twoje podłogi muszą trzymać się bezpiecznej, neutralnej palecie drewna czy kamienistych szarości? Płytka podłogowa z odrobiną koloru może być zaskakująco łatwa do zestrojenia z resztą wnętrza. Popracuj z akcentami kolorystycznymi we wnętrzu, aby stworzyć przestrzeń, która wydaje się żywa i pełna osobowości, ale wciąż swobodna i wciąż znośna w miarę upływającego czasu.
Nawet pozornie śmiałe odcienie, takie choćby jak czerwony, mogą działać dobrze jako mały akcent we wzorze kafelka. Nie należy się ich bać z samego tylko założenia. Pomyśl o tym, jak na przykład tradycyjny dywan potrafi być neutralny neutralny, nawet jeśli ma wiele bordowych odcieni.
Wzory, formy i kolory to coś co wyróżnia. A przecież chcemy żeby się wyróżniało, inaczej wszyscy mieszkaliby w standardzie deweloperskim albo kompletne wystroje wnętrz sprzedawałoby się w dyskontach – jak to mam miejsce z wycieczkami. Pomyślcie o wzorach we wnętrzu, będą ciekawsze. A jeśli się boicie, że zrobicie to źle, zapytajcie kogoś, kto pomoże Wam zrobić to dobrze.
W zasadzie w każdym z naszych projektów staramy się wykorzystać jakiś używany mebel, który w razie potrzeby poddajemy odpowiedniej renowacji. Lubimy to robić i wierzymy, że ma to głębszy sens w kontekście ograniczenia konsumpcji. Dlatego ucieszyła nas deklaracja Prezesa Ikea na konferencji w Davos.
Uważa on, że zmiany w modelu sprzedaży i wynajmu wynikają głównie ze zmiany myślenia ludzi, którzy porzucają masowy konsumpcjonizm na rzecz masowej cyrkulacji dóbr. Dlatego Ikea testuje nowy typ usługi. Planują wynajmować całe wyposażenie mieszkań.
Pomysł z jednej strony odkrywczy a z drugiej nie nowy bo na przykład firmy od lat mogą leasingować meble biurowe. Ikea kierując się specyfiką niektórych rynków – w tym przypadku wymieniony z nazwy został Londyn, uznała, że skoro coraz więcej ludzi nie wiążę się na dłużej z miejscem zamieszkania i żyje w wynajętych mieszkaniach. To równie dobrze mogą wynajmować ich wyposażenie.
Moim zdaniem pomysł jest o tyle dobry, o ile meble po zakończeniu wynajmu wrócą jednak na rynek choćby w formie wyprzedaży a nie zostana przemielone. W tym kontekście kibicuję pomysłowi.
Czy usługa zostanie wprowadzona w Polsce? Na razie nic na ten tamat nie wiadomo. Faktem jest, że Ikea dostosowuje swoje usługi do wymogów dużych rynków lokalnych. Na przykład w Japonii prowadziła eksperymentalny program odkupu używanych sof od klientów, a następnie poddawania ich recyklingowi. Prawdopobnie polski klient nie jest na tyle mobilny, byśmy mogli spodziewać się rychłego wprowadzenia usługi wynajmu wyposażenia. Lecz jeśli pomysł okaże się sukcesem, z pewnością Ikea nie omieszka wykorzystać go i na naszym rynku.
Gdy budżet jest napięty lub jeśli zwyczajnie nie chce się wydawać pieniędzy gdy można je oszczędzić. Najsensowniej jest wykorzystać ponownie coś co już i tak mamy. W tym przypadku poświęcamy kilkanaście złotych i trzy kwadranse na zamaskowanie śladów zużycia starego lustra.
Nowy rok rozpoczął się już nieodwracalnie i nie da się dłużej udawać, że to jakiś „międzyczas” po zakończeniu starego i przed rozpoczęciem kolejnego roku. Czas więc uporządkować rzeczy odkładane tak długo, że doczekały się miany daty. Tym samym, w ramach porządkowania starych spraw, dziś o lustrze dzięki któremu oszczędziliśmy kilka złotych.
To był projekt w jakich można powiedzieć, że się wyspecjalizowaliśmy, przygotowanie inwestycji w mieszkanie na wynajem. Z tą różnicą, że czasu i budżetu był wielki niedostatek. Trochę więc w ramach tego projektu hasłem przewodnim było „zrób to sam”. Wielu więc rzeczom daliśmy nowe życie, o niektórych z nich innym razem. Bo dziś, krótko o lustrze.
W całym mieszkaniu nietknięta, głównie z powodów budżetowych, nietknięta została łazienka. Gruntownie ją odczyściliśmy i pozostał w niezmienionej formie. Wymieniliśmy tylko uszczelki w kabinie prysznicowej i zadbaliśmy o lustro by nie straszyło.
Typowe lustro z fazowanymi krawędziami. Niestety podkład lustrzany na krawędziach lustra mocno juz poczerniał. Tu i tam widoczne były odpryski na krawędziach.
Z pomocą przychodzi styropianowa listwa przysufitowa, odrobina kleju, nóż do tapet i odrobina farby. Warto mieć przyrząd do cięcia desek pod ustalonym kontem. Kupisz go w markecie budowlanym za około 6 zł.
Za listwę, wybraliśmy nieco droższą ze względu na odpowiadający nam kształt, zapłaciliśmy około 16 zł. Za lustro w podobnym wymiarze, z ramą, zapłacilibyśmy minimum 200 zł.
Owszem efekt końcowy nie jest szczytem wykwintności ale jeśli chcesz zaoszczędzić a możesz wydać niecałe 50 zł zamiast minimym 200 zł. Pamiętaj, że ramę możesz pomalować w dowolnym kolorze. A jeśli ci się znudzi zawsze możesz wymienić na inny kształt i dalej będzie taniej niż zakup nowego lustra. Więc bez wątpienia warto poświęcić trzy kwadranse własnego czasu.
Wybraliśmy się do Tbilisi w poszukiwaniu przygody. Mnie dodatkowo towarzyszyła myśl o oglądaniu balkonów – zawsze chciałem zobaczyć tbiliskie balkony – oraz o gruzińskim jedzeniu i winie. Wracałem zaskoczony, zafascynowany i z mocnym postanowieniem, że szybko przyjadę tu znowu.
Tbiliskie balkony, drewniane przybudówki zachwycają nawet dzisiaj mimo, iż lata świetności dawno maja już za sobą.
Do Tbilisi, do Gruzji w ogóle, wybraliśmy się przedłużając majówkę do 10 dni. Tak więc trochę czasu potrzebowałem by przetrawić podróż. Uwielbiam kręcić się po miejscach cudownie niedoskonałych, i kiedy planowaliśmy wyjazd do Gruzji wiedziałem, że właśnie czegoś takiego mogę się po Niej spodziewać. Może właśnie dla tego zaskoczyła mnie jeszcze bardziej niż na to liczyłem. I co ciekawe, głównie dzięki Tbilisi.
Panorama Tbilisi. Tak widzi je „Matka Gruzja” – olbrzymi pomnik górujący nad miastem
Lądujemy w Tbilisi, przechodzimy odprawę. Dookoła podróżni inni niż na naszych lotniskach, ludzie z bliskiego i środkowego wschodu. Szukamy transportu do miasta, co nie jest trudne bo wszyscy polują na podróżnych. Generalnie w Gruzji wykorzystuje się każda okazję. Podchodzi do nas człowiek i pyta czego potrzebujemy. Jest nas piątka, więc szukamy dużego samochodu, który oprócz kierowcy pomieści nas i bagaże. Okazuje się, że każdy ma taki samochód.
Napotkany człowiek prowadzi nas do samochodu, którego właścicielem jednak nie jest. Pakujemy się do auta i kiedy jesteśmy już w środku, on rozlicza się z kierowcą.
Ruszamy i odrazu doznajemy lekkiego szoku. Tbilisi jest falujące. Ktoś namalował pasy na drodze ale wydaje się, że tylko po to by kierowcy wiedzieli jak jechać by tych pasów się nie trzymać. Wszystko faluje, każdy jedzie jak potrzebuje. Na dwóch pasach powstają trzy, cztery, pięć faktycznych pasów ruchu. Nikt nie używa kierunkowskazów za to wszyscy używają klaksonów. Jak zrozumiemy za jakiś czas, trąbienie jest sposobem komunikacji miedzy kierowcami. Nie ma nic wspólnego ze wściekaniem się na siebie. Tbiliski kierowca gdy tylko ruszy, natychmiast zaczyna pisać SMS-y. Kontakt wzrokowy z droga jest tylko okazjonalny. Podejrzewamy, że jednak nie zobaczymy Tbilisi. A z Kaukazu jest na prawdę bardzo blisko do nieba.
Szczęśliwie docieramy jednak do centrum. Za kilka dni będę już wiedział, że sygnalizacja świetlna, jeśli w ogóle jest, służy jedynie za sugestię dla prowadzącego. Prędkości z jakim poruszają się samochody, powodują, że ewentualne stłuczki są na prawdę drobne.
Architektoniczne ikony nowego Tblilisi
Gdybym od razu pokazał to, co na mnie robi największe wrażenie, pewnie nasz znajomy Tazo byłby obrażony, że nie chwalimy jego Tbilisi. Dlatego zacznijmy od ikon nowoczesnego Tbilisi. Jedną z nich niewątpliwe jest Most Pokoju (arch. Michelle de Lucchi) . Nowoczesny, ze szkła i metalu, w nocy oświetlony i zmieniający kolory.
Most Pokoju / arch. Michelle de Lucchi
Drugą ikoną jest budynek teatru autorstwa (arch. Massimiliano Fuksas).
Tbilisi i Gruzję w ogóle prezydent Micheil Saakaszwili chciał „za uszy” wyciągnąć do zachodniej przestrzeni cywilizacyjnej. Inwestowano w nowoczesną architekturę. Ówczesne władze chciały uczynić z Gruzji nowoczesny zachodni kraj. Trochę wbrew naturze Gruzinów. I to oczywiście nie do końca się udało. Gruzini powiedzieli stop! Nie mniej jednak znacznie ograniczono korupcję, bardzo poprawiło się bezpieczeństwo. W Gruzji można czuć się bezpiecznie. Nie mniej jednak znaczna cześć inwestycji pozostała nieskończona. Teatr stoi (chyba) pusty, z brudnymi szybami a trawy dookoła nikt nie kosi.
Te ikony nowoczesności wzbudzają sporo kontrowersji w całej Gruzji i chyba też u turystów. Nie będę poruszał tego tematu. Temat ten zakończę cytując młodą gruzińską architektkę Ekę Odzelashvili, z jej wywiadu o nowoczesnej architekturze Gruzji – Pojęcia „ładny” i „brzydki” nie istnieją.
Urząd w Tbilisi, wnętrze zorganizowane w formie olbrzymiego open space zaplanowane jako sposób na walkę z korupcją i symbol przejrzystości funkcjonowana państwa
Miasto dla turystów, czasami za cenę tradycji
Tbilisi tak czy owak trzeba zobaczyć i wydaje mi się, że teraz jest najlepszy na to czas. Warto znać rosyjski bo angielski przydaje się w stopniu raczej umiarkowanym. Na szczęście Gruzini, choć wszyscy posługują się rosyjskim, też nie mówią najlepiej. I to właśnie ułatwia komunikację.
Krzywa wieża na uroczym tbiliskim deptaku
Jednym z pierwszych wrażeń z pobyty w Tbilisi było zaskoczenie jak bardzo europejskie było to miasto na przełomie XIX i XX wieku. Niektóre ulice bardziej przywodzą na myśl europejskie miasta niż znaczna część polskich miast z tamtego okresu, które wydają się być zaściankowe.
Ulica Tbilisi z kamienicami z początku ubiegłego wieku
Są także miejsca, które nie pozostawiają wątpliwości, że jesteśmy na pograniczu. Słynne tbiliskie łaźnie, z których wydobywa się piekielny odór siarki a ręczniki przypominają bardziej ścierkę do podłogi niż ręcznik. Mimo wszystko łaźnie te są nieocenione w usuwaniu skutków przedawkowania wina i czaczy, jak twierdzi Marcin Meler w napisanej do spółki z żoną Anną Dziewit-Meller książce „Gaumardżos. Opowieści z Gruzji”.
Tbiliskie łaźnie wybudowane za czasów panowania Persów w VI wieku n.e.
Tbilisi jest popularne jako miejsce wypoczynku, na razie głównie wśród Rosjan i Ukraińców. Ale przecież wszystko się zmienia i choć turyści z zachodu stanowią obecnie – według mojej oceny jakiś 1%, to przecież wszystko się zmienia.
Miasto dostosowując się do rozwoju turystyki nie unika błędów. Dość powszechnej jest wyburzanie starych kamienic, w których miejsce stawia się nowe. Takie trochę cukierkowe. I choć olbrzymia część kamienic nie nadaje się do remontu, to przecież w centrum jest bardzo wiele takich, które nadają się jeszcze do remontu. Niestety nie jest to częsta praktyka.
Stare i nowe w Tbilisi. To nowe niestety nie przysłuży się miastu tak jak mogłoby stare gdyby rozsądnie inwestować.
Balkony Tbilisi
Tbilisi jest rozchwiane, falujące ale wszystko jakoś działa. Nie inaczej jest z balkonami. Tkanka starego miasta jest mocno zdewastowana ale mieszkańcy radzą sobie jak mogą. Nierzadko widzi się balkony „myślące” tylko o tym żeby już wreszcie odpaść, zwalić się komuś na łeb. Zabezpiecz się je wówczas podpierając jej kawałkiem rury o chodnik. A kiedy to już się uda, przychodzi myśl żeby zabudować je pustakami i zyskać dodatkowy pokój. Bo czemu nie, a że wszystko się chwieje to i pokój może się chwiać.
Zdarzają się jednak perełki. Nie mogliśmy oprzeć się pokusie by wejść do środka. Wszystko napina się, trzeszczy, chwieje jęczy i napręża. Jest krzywe, nie pomalowane ale jest piękne. A w środku, o nieba!
Galerie, balkony krużganki, mimo, że przez zapomnienie skazane na zagładę, to życie na nich toczy się dalej. Nie wiem czy tego uczą na ASP ale Marta zawsze pracownie artystyczną. W tej malowali na tkaninie. Tbilisi pełne jest sztuki; nie tylko w przestrzeni publicznej, również w zakamarkach miasta
I choć niektóre budynki z balkonami są odrestaurowane, to najlepsze wrażenie robią te oryginalne, stare, z dziesiątkami warstw łuszczącej się farby.
Pamiętacie parkingi leśne z budami skleconymi z byle czego, byle jak, byle szedł interes? Pełno „tego” było przy każdej drodze krajowej. Szczęśliwie odeszło do historii. Potem nastały czasy góralskich chat z grillem wewnątrz. Najwięcej było ich (i raczej nadal tam są) pomiędzy Piotrkowem a Warszawą. Zrobiły się z tego nizinne-góralskie kombinaty HoReCa (Hotel – Restauracja – Catering). Czyli w temacie grila wszystko już było. Czy aby na pewno?
Fot. Ulika-Grill
Parę chwil temu wróciliśmy z krótkiego wypadu do naszej letnio-jesiennej kryjówki, niewielkiej ni to wioski ni miasteczka w chorwackim Kvarnerze. Faktem jest, że w ciągu ostatnich miesięcy, czy nawet roku, udało nam się nieco zarzucić wcześniej regularne pobyty na „naszej” wyspie. Może właśnie dlatego umknęło mojej uwadze coś, co być może będzie jakimś trendem. Albo i nie. W każdym razie uważam to za fajne i jako miłośnik wszelkich form lokalizmu podzielę się spostrzeżeniami.
Jak już wcześniej zaznaczyłem, nie chcę wyrokować czy to jakaś nowa tendencja, moda, czy jak to nazwać. Fakt, że na jednej wyspie w dwóch miejscowościach odległych od siebie o jakieś 7 kilometrów znaleźliśmy aż dwa takie miejsca. Nasuwa przypuszczenie, że może idzie coś nowego.
fot. Ulika-Grill
W obu przypadkach były to grill bary ulokowane na terenie lokalnego producenta rolnego (mała lokalna firma rolnicza). W obu przypadkach w menu znajdowały się produkty tam wytwarzane. W jednym przypadku oliwa – grill bar jest na terenie gaju oliwnego i młyna. Czyli jest to raczej ingrediencja aniżeli części menu. W drugim przypadku – na zdjęciach – grill na ternie winnicy. Tu sprawa prosta bo wino, przepyszne skąd inąd, jest w karcie w formie bezpośredniej oraz w przygotowywanych daniach.
fot. Ulika-Grill
Grill urządzony swojsko ale gustownie. Bez nadęcia, prosto, ale na wystający gwóźdź tyłka nie nadziejesz. W menu produkty lokalne. Wszystko co da się zorganizować w okolicy w ciągu jednego dnia. I właśnie ten jeden dzień jest tu bardzo istotny.
fot. Archnet
To co grille mają w ofercie można podzielić na dwie grupy. Pierwsza to przekąski i produkty wytwórcy u którego grill się znajduje. Dostępne dla każdego kto wejdzie, o dowolnej porze. Druga to karta dań jako możliwości. Tak możliwości, bo to co jest możesz zmówić wyłącznie z jednodniowym wyprzedzeniem. Dzięki temu oni wiedzą co przyrządzić i w jakiej ilości, a ty masz pewność, że będzie świeże. Proste? A jakże! I do tego fantastycznie smakuje w całym tym anturażu.
fot. Archnet
„Kuchnia” i obsługa kelnerska pracuje profesjonalnie. Zastawa nie jest tak istotna, bo wszystko trochę jak w domu. A do tego jest czysto i przyjemnie. Wybierasz się tu na obiad albo kolacje więc raczej nie zamówisz kiełbasy z grilla. Jest to raczej forma uczty w ogrodzie – którego nie masz, gdzieś w gospodarstwie – w którym nie mieszkasz. Ale też jesteś wśród ludzi, czyli jakby trochę wieś i trochę też restauracja.
fot. Archnet
Bardzo chciałbym by w przyszłym roku powstały takie miejsca w polskich sadach, przy gospodarstwach wiejskich. Bawiliśmy się tam doskonale i jestem przekonany, że równie smaczna byłaby zabawa w sadzie jabłkowym z cydrem i gęsią na stole na przykład.
Artystyczna ceramika, ręcznie barwione obrusy czy ozdabiane unikatowymi intarsjami stoły. W polskich domach coraz częściej możemy spotkać przedmioty wykonane tradycyjnymi metodami rzemieślniczymi. Dlaczego? W dobie nachalnego konsumpcjonizmu i półek uginających się od produktów, które niczym się od siebie nie różnią, zaczynamy zwracać uwagę na przedmioty unikatowe. Zwrot ten związany jest z trendem, który umacnia się w polskim i światowym wzornictwie. Slow design, bo tak się nazywa – to powrót do korzeni. Chcemy otaczać się niepowtarzalnym rękodziełem, czerpiącym z wielowiekowej tradycji, przygotowanym specjalnie dla nas, solidnie i z poszanowaniem otoczenia.
Produkty wyróżnione w plebiscycie „must have 2017”
Po latach dobrej passy dla wyrobów plastikowych i masowej produkcji przyszedł czas na docenienie tradycyjnego rzemiosła. Zmiana ta wpisuje się w coraz częściej praktykowaną ideę slow design, czyli zamiłowania do lokalnych materiałów i produktów wykonywanych ręcznie. Wyplatane kilimy, narzuty czy naczynia lepione na tradycyjnym kole garncarskim to w obecnych czasach dobra pożądane. Zastawy stołowe produkowane według najstarszych metod i receptur w Zakładach Ceramicznych „Bolesławiec” czy Zakładach Porcelany „Ćmielów” przechodzą prawdziwy renesans.
– Dziś liczy się niepowtarzalność i autentyczność, czerpanie z zasobów natury i dostępnych lokalnie materiałów. Trend ten obserwowaliśmy już od jakiegoś czasu, dotychczas było on jednak w Polsce dosyć niszowy. Ilość nowopowstających lokalnych marek rzemieślniczych pozwala jednak wierzyć, że będzie się on w naszym kraju umacniał. Współcześni projektanci coraz chętniej rezygnują z masowej produkcji, stawiając na autentyczność i nadawanie unikatowej tożsamości projektowanym przedmiotom, aby każdy z nabywców mógł doświadczyć czegoś nowego – opowiadają organizatorzy Łódź Design Festival.
Renesans ceramiki użytkowej
Wspomniana wcześniej, tradycyjnie wytwarzana i zdobiona zastawa stołowa, to coraz popularniejszy element wyposażenia polskich domów. W fabryce ceramiki w Bolesławcu, której produkty znane są w kraju i na świecie, naczynia dekoruje się za pomocą starodawnej techniki stemplowania, która nadaje wyrobom niepowtarzalny znak handmade, a co za tym idzie – unikatowość.
– Naczynia wytwarzane w Bolesławcu są zdobione przez pracujących w tej fabryce ludzi. Każdy gest cechuje indywidualizm twórcy, przez co wychodzące spod ich rąk przedmioty noszą znamiona rękodzieła. To stanowi o wyjątkowości ceramiki w Bolesławcu. Efekt stemplowania można zobaczyć na wystawie „Akord” podczas tegorocznej edycji Łódź Design Festival. Innym projektem obecnym na festiwalu, który stanowi niejako odniesienie do obecnych trendów w projektowaniu, są „Ludzie z fabryki porcelany”, w ramach którego powstał serwis „Ślady człowieka” w ćmielowskiej manufakturze. Każda z wystaw porusza ważną z punktu widzenia obecnych czasów problematykę – rolę i udział człowieka przy tworzeniu produktów codziennego użytku. Stwarza okazję do zastanowienia się nad istotą lokalnego rzemieślnictwa – mówi Michał Piernikowski, Dyrektor Łódź Design Festival.
Czerpanie z tradycji rzemiosła
Młodzi projektanci i globalne marki coraz częściej inspirują się tradycyjnymi technikami wytwarzania produktów codziennego użytku. Często poszukują nowych rozwiązań łącząc tradycyjne sposoby wykonywania przedmiotów z nowoczesnym designem. Przykładem może być kolekcja Stockholm od IKEA, którą wyróżniają wyroby rękodzielnicze o indywidualnym charakterze. W ich tworzeniu wzięli udział lokalni rzemieślnicy z Indonezji. Do tradycji wyrobów ceramicznych sięgnęli także tegoroczni laureaci plebiscytu must have. Pracownia Boguslavskaya zaprezentowała ceramiczną, ręcznie odlewaną, szkliwioną i zdobioną deskę do serowania zakąsek, z kolei TABANDA i August Design Studio stworzyli ręcznie wykonaną z mieszanki kamionki i porcelany ceramikę kuchenną BIRDS. Przykładem powrotu do tradycji polskiego rzemieślnictwa jest także kolekcja Canvas Katarzyny Gołuszki i Michała Załuskiego, wykonana w rodzinnym zakładzie ceramicznym na Śląsku.
– Ciekawym projektem, docenionym w tegorocznej edycji must have jest „Dbamy o lepszą codzienność – czajniczek” projektu Jana Kochańskiego. Dlaczego? Produkt ten, wykonany w tradycyjnej technice ceramicznej z drewnianymi elementami, z powodu nietypowego rozłożenia dziubka, pokrywki, uchwytu i podstawki, wymaga szczególnej uwagi przy nalewaniu herbaty, wymusza na użytkowniku nietypowy ruch ręki. Tworząc takie naczynie, projektant pragnął zwrócić uwagę na niedoskonałości przedmiotów, które otaczają nas w życiu i skłonić do refleksji nad tym, co wokół nas nie działa optymalnie, a także, co możemy poprawić, ulepszyć, zmienić. To świetny przykład globalnego trendu projektowania zrównoważonego i odpowiedzialnego społecznie. Z pewnością będzie to jeden z głównych kierunków, który zobaczymy na festiwalu w październiku – mówi Olga Łosiak z Łódź Design Festival.
Wybraliśmy się wczoraj na spotkanie branży wnętrzarskiej. Jako partner medialny z organizatorem współpracujemy już od paru lat. Na swoje cykliczne imprezy co roku zaprasza fajne marki i robi dużo by spotkania miały szanse być owocne dla uczestników – projektantów wnętrz oraz dla firm prezentujących swoje oferty.
Organizacja tego typu spotkań nie jest prosta. W dużej mierze ze względu na to, że architekci to dość trudny w obsłudze „zwierz” – w każdym razie w mojej ocenie. Pomijając cały szereg cech skoncentruję się na jednej – szybko się nudzi. I prawdę mówiąc moje doświadczenia wskazują, że nic w tym dziwnego.
Jedni mają lżej …
Redaktor wydawnictwa branżowego, bloger czy projektant praktyk – będący prelegentami mogą opowiadać o czym im się chce. Mogą dzielić się spostrzeżeniami lub opowiadać o wyzwaniach związanych z konkretnymi projektami. Oczywiście mogą to zrobić trochę lepiej lub trochę gorzej. Pokazać śmieszne zdjęcia, opowiadać o wpadkach i nietypowych zleceniach. W jakimś stopniu zawsze jest to ciekawe.
Dla przykładu architekt Justyna Smolec w wystąpieniu „O niezależności projektanta” opowiadała jak przygotowuje się do obrony swoich koncepcji projektowych przed powątpiewającym inwestorem. Tego typu wystąpienia są zawsze ciekawe bo zawierają konkretną historię.
Spotkania branżowe, w każdym razie branży wnętrzarskiej, mają jednak tę cechę, że wystąpienia takich osób są tylko przerywnikami. Trochę jak przerwa kawowa. Pozostały czas wypełniają prezentacje produktowe. I tu właśnie pojawia się problem z koncentracją. A dokładnie rzecz ujmując nadchodzi czas potwornej nudy, ucieczki do świata wewnętrznego lub zwyczajnej ewakuacji w okolice przekąsek.
… inni mają trudniej
Jasne, sprzedawcy muszą sprzedawać. To oczywiste! I to nie jest łatwe. Jednak gdy stają za mównicą, na spotkaniu z projektantami mającymi być ich dodatkowym kanałem sprzedaży, którzy są już znudzeni poprzednimi drętwymi prezentacjami produktów, rozprężeni, zdekoncentrowani. Sprzedawca prelegent ma tylko jedną możliwość by przykuć uwagę. Musi opowiedzieć coś ciekawego. Opowiedzieć jakąś historię. Tymczasem on, w zasadzie bez wyjątku, jest zupełnie nie przygotowany. Odpala uniwersalną prezentację i leci z omawianiem produktów. Czas goni, on się śpieszy bo ma duży katalog, my umieramy z nudy. Często nawet wtedy gdy produkt jest dość ciekawy.
Seria klasycznych wyłączników w 63 odcieniach Les Couleurs® firmy JUNG
Dla przykładu Firma JUNG w hołdzie dla twórczości Le Corbusier’a wprowadziła serię klasycznych wyłączników w 63 odcieniach Les Couleurs®. Paleta Polichromii Le Corbusier’a – zwana również Polichromią architektoniczną, to zestawienie komplementarnych kolorów, które wedle autora mogą być ze sobą łączone, tworząc spójną i harmonijną całość. Seria została wyróżniona tytułem „Best of Best” w kategorii „Produkt” German Design Council Iconic Awards 2014.
Tymczasem przedstawiciel firmy wychodzi z klasyczną prezentacją produktową, zabijając zupełnie historię którą mógłby wykorzystać jako osnowę swojej prezentacji. A którą firma w zasadzie podała mu na tacy. Zaczyna jakimś niezgrabnym przykładem o Villa Savoye i serii Lego Architecture. Tak, prelegent miał trudne zadanie, bo wszyscy byli już znudzeni, rozprężeni, niektórzy podzielili się na grupy i zaczęli własne dyskusje. Ale to tylko dowodzi jak bardzo był nieprzygotowany. Czy miał szansę zdobyć naszą uwagę? Pewnie tak ale tego nie zrobił, co dowodzi jak bardzo powinien pomyśleć o warsztatach ze „Storyteliingu” – o znaczeniu opowiadania dobrych historii w biznesie.
Gianfranco Ferré Home / źródło: mat. prasowe Archidzieło
Innym przykładem jest prezentacja przedstawiciela salonu z ekskluzywnymi meblami i dodatkami do wystroju wnętrz. Sympatyczny facet poczęstował nas przeniesioną-dostosowaną ze Start Up-owego podwórka historyjką jak to twórca firmy nie mógł znaleźć oferty zaspakajającej jego potrzeby więc wpadł na pomysł stworzenia firmy. Tylko czy to pasuje do historii projektanta mody Gianfranco Ferré, który nie miał czym urządzić swojego mieszkania i powołał do życia markę „Gianfranco Ferré Home”? I to tylko po to by zaprojektowała mu poduszki w paski? Jakby nie było całego przemysłu meblowego, warsztatów rzemieślniczych i producentów współpracujących z uznanymi projektantami.
Nikt w to nie uwierzy. Wszyscy wiemy, że chodzi o kolejny kawałek tortu zwanego rynkiem produktów ekskluzywnych. Lepiej już było powiedzieć coś w tym stylu – Drodzy Państwo jesteśmy tu sami więc powiem szczerze. Jeśli macie klienta wymagającego, oczekującego rzeczy absolutnie ekskluzywnych, sygnowanych najlepszymi nazwiskami. Klienta, którego portfel ma solidną moc zakupową i chcecie dla niego rzeczy, z których posiadania będzie dumny. Jesteśmy jedynym miejscem w Warszawie, które może spełnić te oczekiwania. Przyjdźcie do nas, zobaczcie co możemy zaproponować. Nadmienię tylko, że jesteśmy przedstawicielem takich to a takich marek. I z pewnością choćby takie postawienie sprawy wywołałoby większe zainteresowanie niż omawianie kilku zdjęć z prezentacji.
Nie chodzi o to, że marudzę. Uważam, że takie spotkania są potrzebne i mogą być owocne. Jeśli tylko osoby prezentujący ofertę produktową będą do nich przygotowani. Czasami lepiej powiedzieć mniej ale zaciekawić niż powiedzieć prawie wszystko i zanudzić. Gdybym opowiadał inwestorowi jak będziemy żmudnie przeczesywać oferty inwestycyjne by wybrać dla niego najlepsze mieszkanie. Jak nasza ekipa będzie łączyć poszczególne materiały, jakich mocowań użyjemy. Nigdy by się nie zdecydował na współpracę z nami. Wiem, że kiedy się spotykamy pierwszy raz on chce usłyszeć coś co przemówi do jego emocji. Kiedy się już zdecyduje na współpracę będziemy rozmawiać o szczegółach.
Z pewnością będziemy dalej uczestniczyli w tego typu spotkaniach i właśnie z tego powodu, chciałbym spotkać się z przygotowanymi wystąpieniami. Przygotowanymi to znaczy adresowanymi do tej grupy odbiorców, która właśnie znajduje się na sali. Bo przecież inaczej prezentuje się produkt sprzedawcy, który i tak musi sprzedawać dany produkt niż architektowi, który może wybrać dwadzieścia innych ofert.
Kolekcja tapet „Czarodziejski Las” powstała w oparciu o projekty i szkice autorstwa Franciszka Michałka. Prace powstały w latach 60. i 70. XX wieku jako koncepcje dekoracji ściennych do sanatoriów w Ciechocinku. Tapety wykonane są z najwyższej jakości materiałów, przy zastosowaniu ekologicznych technologii. Prezentowane na nich wzory zachowały malarski charakter oryginałów.
BURNED – tkanina non iron Projektant: Izabela Wądołowska/ DOUBLE ROOM; Producent: Double Room
Tkanina BURNED to gruba, miękka i przyjemna w dotyka elana typu non iron. Futurystyczna kompozycja, pełna energii i humoru będzie świetna w wyrobnictwie odzieżowym i we wnętrzach, które wyróżni i sprawi, że nabierze jedynego w swoim rodzaju klimatu. Tkanina typu elana gruba, trwały zadruk cyfrowy szerokość tkaniny z beli to 150 cm.
BURNED – tkanina non iron we wnętrzach
BURNED – tkanina non iron jako materiał na ubrania
Kolekcja „Blanca” Projekt: Elżbieta Trzewiczek Pietkiewicz Sebastian Pietkiewicz; Producent: Huta Szkła Kryształowego „Julia”
BLANCA to kolekcja której nazwa pochodzi od słowa blanchus co oznacza „biała”. Kolekcja łączy w sobie biel tradycyjnej porcelany z serii Fryderyka i kryształową biel przezroczystego szkła Huty Julia. W skład kompletu wchodzi pięć pojemników o różnej wysokości w czterech różnych szlifach. Mogą służyć jako: bomboniera, cukiernica, pojemnik na makaron, ciastka lub wazon. Od wieków porcelana i kryształ gościły na naszym stole, teraz możemy mieć je w postaci jednego przedmiotu, zestawu.
Prosta konstrukcja skog nawiązuje wyglądem do norweskich lasów. Układ nóg, które podpierają naturalny drewniany blat, przypomina drzewa wyrastające z ziemi. Przez pierwotny charakter skog, przedziera się indywidualizm. Siła i oryginalność biurka pochodzą z idei, że każdy najmniejszy szczegół może stanowić o całym projekcie.Ażurowa, niecodzienna konstrukcja biurka skog, zwiększa optycznie przestrzeń i sprzyja kreatywności.
Projekt: TABANDA i AUGUST; Producent: TABANDA i AUGUST
BIRDS to figlarna i elegancka seria ręcznie wykonanej ceramiki, składającą się z dwóch rozmiarów kubków, pary jajkowników i dwóch przemiłych misek.Do każdej z nich dorzuciliśmy dębową pokrywkę, by utrzymać wasze posiłki i napoje w idealnej świeżości.By nie utracić fascynującej, matowej faktury mieszanki kamionki i porcelany, szkliwimy je jedynie od środka.Łącząc minimalistyczną formę z ręcznym wykonaniem, BIRDS ucieleśniają to, do czego dążymy w każdym projekcie: symbiozę wzornictwa i rzemiosła.
Projekt: TABANDA i AUGUST; Producent: TABANDA i AUGUST
Legendy warszawskie. Antologia Projekt i ilustracje: Wojciech Pawliński; Producent: Muzeum Warszawy
Pierwszy tak obszerny, bogato ilustrowany i opracowany naukowo wybór legend warszawskich. Publikacja obejmuje 61 tekstów powstałych od poł. XIX w. do 2 dekady XXI w. Daje czytelnikom dostęp do legendarnych dziejów Warszawy w powiązaniu z jej współczesną topografią. Książka w oprawie twardej z wzorem tłoczonym na okładce, wydrukowana na papierze Lux Cream, przy użyciu 3 kolorów z palety Pantone (teksty i ilustracje).
3mk InvisibleCase 3D Projekt: Marcin Gawłowski; Producent: 3mk screen protectors
InvisibleCase 3D to niewidoczne etui zaprojektowane i produkowane w Polsce. Zapewnia ochronę telefonów, tabletów i laptopów bez wpływu na design i funkcjonalność. Wyróżnia się zastosowaną technologią perforacji Air-Dots™, dzięki której nałożenie InvisibleCase 3D jest prawie tak proste jak zwykłego etui, równocześnie oferując użytkownikowi więcej korzyści. Air-Dots™ jest prawnie chronione przez Unię Europejską i przyniosło popularność InvisibleCase 3D w Polsce, wielu krajach Europy, a nawet Azji.
Ekologiczna tapeta flizelinowa „W zimowym upierzeniu” z kolekcji „Szepty skandynawskich baśni zza ściany” jest autorską ilustracją przedstawiającą sikorki zachowane, trochę na przekór naturze, w odcieniach błękitu i szarości. Drukowana jest metodą lateksową. Druk jest bezwonny i przyjazny nie tylko dla środowiska naturalnego, ale także dla naszego zdrowia.Tapeta jest odporna na zarysowania i rozerwanie. Posiada klasę ochrony przeciwpożarowej. Nie zawiera w swoim składzie PCW i innych toksyn.
Wysokiej jakości, lniane tkaniny przeznaczone do dekoracji wnętrz. Drukowane metodą sitodruku ręcznego oraz innowacyjnego druku cyfrowego z użyciem eco farb i pigmentów. Wzory oparte są na oryginalnych rysunkach i szkicach wykonanych przez Martę.
Lniane tkaniny drukowane Projektant: Marta Sułocka
Wywiad z Anną Siedlecką i Radkiem Achramowiczem – prezentacja Studia PUFF-BUFF Design o początkach marki, o tym, w jaki sposób świat reaguje na ich wyjątkowe lampy oraz czym ten kreatywny duet może nas jeszcze zaskoczyć.
Przypomnijmy – proszę – w jaki sposób zrodził się ten szalony pomysł na lampy PUFF-BUFF i jak został on przyjęty przez świat designu oraz konsumentów?
Radek Achramowicz: Nasze projekty można uznać za innowacyjne, choć wypełnianymi powietrzem balonami latano już w XVIII w., a fascynacja strukturami pneumatycznymi ogarnęła świat designu w latach 60. ubiegłego wieku.
Anna Siedlecka: Kiedy w mojej głowie – jeszcze w czasie studiów – powstawały pierwsze koncepcje nadmuchiwanych lamp, nie znałam tych projektów. Lampy z pompowanych kół wymyśliłam zupełnie od początku, zafascynowana lekkością i mobilnością tej technologii. Wtedy mnie to zainteresowało, bo projektowałam dla młodych ludzi lekkie i przenośne meble mogące zmieniać kształt. Technologia pneumatyczna mnie wciągnęła. Po studiach stworzyłam kilka prototypów lamp, a potem dołączył do mnie Radek i też dał się ponieść „dmuchańcom”. W naszym Studio PUFF-BUFF Design, które wspólnie założyliśmy, zaprojektowaliśmy system BUBBLES (czyli Bąbelki), które dziś są chyba naszym najbardziej znanym produktem. Na początku chcieliśmy sprzedać nasze projekty producentom i w tym kierunku prowadziliśmy rozmowy. Głównie interesowali się nimi Włosi. Po naszym pierwszym pokazie w Mediolanie (2004) dostaliśmy ciekawe propozycje i zrobiło się o nas głośno.
R.A.: Jako projektanci z Polski, czuliśmy się trochę jak jakieś egzotyczne zwierzęta – rzadko spotykane albo wręcz nigdy nie widziane. Ostatecznie zdecydowaliśmy sami zająć się produkcją. Nie chcieliśmy, żeby „dmuchańce” zmieniły się np. w szkło, bo zależało nam na tej technologii. Gdy powstały pierwsze finalne produkty już pod marką PUFF-BUFF – to był rok 2006 – wzbudziły zainteresowanie, bo były czymś zupełnie nowym. Zaczęliśmy sprzedawać lampy, początkowo prawie wyłącznie za granicę. Polscy odbiorcy jeszcze wtedy nie byli na to gotowi. Dziś „design” to słowo klucz, ale 10 lat temu niewielu ludziom w naszym kraju cokolwiek ono mówiło. Nasze pierwsze większe zamówienia były do Włoch, Holandii, Nowej Zelandii i Francji. W Polsce kupowali nasze lampy nieliczni wyrobieni klienci – głównie reprezentanci tzw. kreatywnych zawodów, odważniejsi architekci. Powoli zdobywaliśmy rynek, na początku dokładając do interesu. Wierzyliśmy jednak, że to ma sens, bo nasze produkty są na tyle ciekawe i nośne, że w końcu się przebijemy. Staraliśmy się bywać na najważniejszych targach, promować PUFF-BUFF i polski design.
Chcieliśmy światu pokazać: „Hej, patrzcie, u nas też powstają fajne, innowacyjne projekty!”
W jaki sposób powstają Wasze lampy i w jakiej postaci docierają do klientów? Czy są już wypełnione powietrzem, czy każdy robi to indywidualnie w domu?
R.A.: Wszystkie nasze lampy są produkowane w Polsce. Od wielu lat współpracujemy z polskimi podwykonawcami, lokalnymi dostawcami i specjalistami od różnych technologii. Wykorzystujemy tak dużo polskich komponentów, jak tylko możliwe. Część sprowadzamy (np. PVC jest z Niemiec, przewody i przełączniki z Włoch). Cały finalny montaż odbywa się w naszej pracowni w Warszawie – tu lampy są składane, dopieszczane, pakowane.
A.S.: Lampy z serii BUBBLES klient otrzymuje już napompowane i gotowe do zawieszenia. Ze względu na dużą ilość bąbelków namawianie klientów do samodzielnego ich pompowania byłoby okrucieństwem! Lampy żarówkowe są za to dużo prostsze w obsłudze. Docierają do odbiorców w postaci płaskiej, do indywidualnego napompowania, dzięki temu mieszczą się w małych opakowaniach.
Czym inspirujecie się podczas tworzenia swoich projektów?
R.A.: Czym tylko się da – otaczającym światem, przyrodą, popkulturą, sztuką, filmem… Dookoła jest pełno inspiracji.
Oświetlenie PUFF-BUFF to nie tylko lampy z PVC. Jakie jeszcze materiały są wykorzystywane w Waszych produktach i które z nich są najbardziej wdzięcznym tworzywem?
A.S.: Światło to fascynująca materia – eksperymentowanie z nią jest przygodą i zarazem wyzwaniem. To samo można powiedzieć o technologii pneumatycznej, w której powstała większość lamp PUFF-BUFF. Ostatnio wprowadziliśmy nowy materiał – rozciągliwy poliuretan (TPU). Z niego powstają nasze lampy BIG PUFF, które są rozwinięciem PUFF, tj. pierwszej zaprojektowanej przez nas lampy. TPU jest aksamitne w dotyku i bardziej rozciągliwe niż PVC, czyli winyl. Pięknie rozprasza światło. Mamy w swojej ofercie dwie lampy twarde, z tworzywa i stali. Ostatnio zaczęliśmy eksperymentować więcej z twardszymi tworzywami, takimi jak akryl, wytłaczając go i formując różne kształty. Niby twarde, ale nadal w duchu PUFF-BUFF. Zobaczymy dokąd nas to zaprowadzi.
Ile autorskich produktów do tej pory powstało w Waszym Studio?
A.S.: Stworzyliśmy około 50 różnych projektów – część z nich została wdrożona do produkcji. Prawdopodobnie najbardziej kojarzone nasze produkty to seria BUBBLES (żyrandole z bąbelków i diod LED), lampy PUFF – teraz po metamorfozie produkowane jako BIG PUFF, czarno-biała ORCA i żyrandol z nadmuchiwanymi ramionami LULLABY.
Kim są obiorcy lamp PUFF-BUFF?
A.S.: Osoby kreatywne, z poczuciem humoru, zwykle są fanami designu, ale też zwracają uwagę na jakość produktów i ich pochodzenie.
R.A.: Dla naszych klientów w Polsce jest ważne, że kupują produkty polskie, tworzone w kraju. Czują, że wspierają tym samym lokalną przedsiębiorczość, bo nie jest to masowa produkcja powstająca w nieznanym miejscu. Nasi klienci kupują oryginalny produkt, za którym stoi konkretna historia i konkretni ludzie – czyli my.
Czym jeszcze planujecie zaskoczyć świat designu i konsumentów?
R.A.: Chcemy rozwinąć nasze laboratorium projektowe, planujemy robić więcej rzeczy nietypowych, na specjalne zamówienie oraz z różnorodnych materiałów.
A.S.: To są bardzo ciekawe projekty, robimy je od czasu do czasu dla różnych klientów, świetnie się przy tym bawiąc i eksperymentując. Tak powstały świecące ubranka, pneumatyczny pawilon wystawowy, świecące pulchne litery. Pozostajemy w sferze światła, choć powstające projekty niekoniecznie można zakwalifikować jako lampy.
Na jakich imprezach targowych i wystawach można będzie spotkać PUFF-BUFF w najbliższym czasie?
R.A.: We wrześniu jedziemy już po raz trzeci do Paryża na Maison&Objet. Tu zawsze mieliśmy dobry odbiór. Francuzom nasze lampy bardzo się podobają. W styczniu 2018 r. po raz pierwszy wybieramy się do Kolonii na Imm Cologne, a na wiosnę Nowy Jork i targi ICFF – też po raz trzeci. Amerykanie lubią duże lampy i takie chętnie robimy im na zamówienie. Wielka świecąca kula w kasynie to jest coś!
Kto za tym stoi? PUFF-BUFF to:
Anna Siedlecka to absolwentka Wydziału Architektury i Wzornictwa Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Projektantka wnętrz i wzornictwa, pomysłodawczyni i współzałożycielka PUFF-BUFF. Kuratorka wystaw i współtwórczyni inicjatyw wspierających polski design (m.in. The Spirit of Poland czy VIVA LED). Członkini Stowarzyszenia Projektantów Form Przemysłowych. Wyróżniona prestiżowymi nagrodami jako projektantka m.in. EUROPE 40 UNDER 40 (2009) dla najciekawszych młodych designerów w Europie, a także jako dyrektor kreatywna marki PUFF-BUFF.
Radosław Achramowicz absolwent Wydziału Architektury Politechniki Gdańskiej. W 2017 roku uzyskał tytuł Profesora Nadzwyczajnego Politechniki Warszawskiej na Wydziale Architektury. Jest kierownikiem Pracowni Projektowania Architektonicznego i Projektowania Produktu na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej. Był także wykładowcą poznańskiej School of Form i bydgoskiego Uniwersytetu Technologiczno-Przyrodniczego. Ekspert w dziedzinie architektury, architektury wnętrz i designu. Kurator i współtwórca inicjatyw wystawienniczych dotyczących wzornictwa. Mocne nazwisko znane designerskiemu światu w Polsce i za granicą.
Dom w Lesznowoli, projekt: 2017 r. / Architekt: Kuba Woźniczka, współpraca: Joanna Szeler
KameleonLab pracownia architektoniczna, o której projektach i osiągnięciach pisaliśmy już kilka razy. Między innymi przy okazji wyróżnienia jakim było znalezienie się w prestiżowym zestawieniu magazynu *Wallpaper – 20 najciekawszych „wschodzących” biur projektowych na świecie w 2015 roku. Niedawno pracownia zaprezentowała nowy ciekawy projekt domu.
Założyciele pracowni Rafał Specylak Kuba Woźniczka i Rafał Specylak o swoim projektowaniu powiedzieli kiedyś – Projektowanie rozumiemy jako rozwiązywanie złożonych problemów, kładąc duży nacisk na elastyczne podejście, pozwalające proponować nowatorskie rozwiązania przy określonym budżecie i optymalnych układach funkcjonalnych.
Nie inaczej było tym razem, przy projekcie dom w wiejskiej okolicy na skraju lasu. Duża zalesiona działka z dostępem od północno – zachodniego narożnika. Ze względu na wjazd na działkę a także na efektywność wykorzystania działki budynek usytuowano w minimalnej dozwolonej odległości od granicy północnej. Umożliwiło to pożądaną ekspozycję na południe a zarazem z widokiem na las. Z kolei zapisy planu miejscowego wymuszały ustawienie domu w bliskiej odległości od granicy zachodniej.
Usytuowanie działki w okolicy i domu na działce sprawia że budynek znajduje się niejako na granicy terenu zurbanizowanego i lasu od południa. Chaotyczny rodzaj okolicznej zabudowy i jej kolorystyka – nie akceptowalna przez inwestorów – skłaniały do tego aby projektowany charakter domu bardziej odnosił się do otoczenia leśnego od południa niż do niedawno powstałych budynków od strony północnej.
Układ domu zaprojektowano w taki sposób iż wszystkie pomieszczenia mieszkalne usytuowane są przy całkowicie przeszklonej fasadzie południowej. Jedynie pokój gościnny i gabinet znalazły się w płn. – wsch. części domu z oknami zorientowanymi na wschód.
Lesznowola k. Grójca
powierzchnia: 270 m2
projekt: 2017
architekt: Kuba Woźniczka
współpraca: Joanna Szeler