Agnieszka Bar, Jan Kochański, Studio Szpunar – to projektanci, którzy w codziennej pracy dążą do formy idealnej. Nagle, pod wpływem kilku telefonów i spotkań, zgadzają się… popełnić błąd.
Projektant: Agnieszka Bar / Zdjęcia: Pieceoflove
W wyniku prac nad przedmiotami „celowo nieidealnymi” powstają: krzywa szklanka, która wywołuje złudzenie, że za chwilę się przewróci (Agnieszka Bar), lustro w paski, w którym trudno przejrzeć się w biegu (Studio Szpunar) i czajniczek do parzenia herbaty z przesuniętym uchwytem (Jan Kochański).
Są to przedmioty estetyczne, funkcjonalne, ale też – celowo – nieidealne. Ich niedoskonałość ma za zadanie przypominać ich właścicielom każdego dnia, że zastanawiając się nad tym, co wokół nas nie działa idealnie i dostrzegając rzeczy warte poprawy, możemy aktywnie zmieniać naszą rzeczywistość.
Projektant: Jan Kochański / Zdjęcia: Pieceoflove
Projektant: Jan Kochański / Zdjęcia: Pieceoflove
Kolekcja to element… kampanii społecznej. – Celem akcji “Dbamy o lepszą codzienność” jest zachęta do zatrzymania i chwili namysłu na co dzień – tłumaczy Katarzyna Batko – Tołuć z Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska. W ten nietypowy organizacja chce namawiać do refleksji, w wymiarze i osobistym, i społecznym.
Projekt: Studio Szpunar / Zdjęcia: Pieceoflove
Wszystkie przedmioty można kupić online i w dobrych sklepach z dizajnem. Czy faktycznie dadzą komuś impuls do zmiany? Czy przeciwnie, będą najlepszym dowodem na to, że niedoskonałe też może być piękne? Pewne jest jedno: potrafią wyprowadzić z równowagi. Tyle, że nie tej rozumianej jako wewnętrzny spokój, a tej kojarzącej się bardziej z bezruchem, stagnacją, przyzwyczajeniem, które za bardzo rozleniwia.
Rower jest lepszy od samochodu! Nie wierzycie? Międzynarodowe warsztaty projektowe Fresh Design 2017 zburzą wasze wszelkie stereotypy. W maju tego roku będzie okazja do uczestnictwa w międzykulturowym wydarzeniu. W CRZ Krzywy Komin we Wrocławiu przywitamy studentów z 8 ośrodków akademickich z Europy, którzy w twórczym ferworze stworzą oryginalne, estetyczne i funkcjonalne projekty rowerów.
W tym roku w warsztatach wezmą udział przedstawiciele takich państw jak Czechy, Słowacja, Węgry, Niemcy, Holandia, Portugalia, Islandia i Polska. Uczestnicy będą współpracować w międzykulturowych zespołach. Wykorzystywać wiedzę i umiejętności w dziedzinie designu, urbanistyki, a w swoich pracach zastosują innowacyjne i zaskakujące zabiegi artystyczne w dziedzinie rowerowej. Po uzyskaniu współpracy z takimi ośrodkami edukacyjnymi jak: Academy of Fine Arts and Design z Bratysławy, Escola Superior de Artes e Design z Caldas da Rainha i Budapest Metropolitan University bez problemu można stwierdzić, że Fresh Design 2017 będzie wyjątkową edycją! Projekt nabierze światowego i profesjonalnego wymiaru. Swoją wiedzą i doświadczeniem podzielą się eksperci pochodzący z powyższych uczelni i nie tylko. Pomogą studentom rozwinąć powstałe koncepty, zainspirują i zachęcą do intensywniejszego działania już po zakończeniu projektu.
Maj jest miesiącem bardzo ciepłym, zawsze zachęca do wyjścia na zewnątrz i cieszenia się słoneczną pogodą. Dlatego oprócz warsztatów Fresh Design odbędzie się wiele dodatkowych atrakcji dla ludzi w każdym wieku. Jedną z nich będzie otwarty dzień projektowy – 20 maja , podczas którego oprócz możliwości podejrzenia pracy projektantów zostaną zorganizowane szkolenia tematyczne, skupione wokół rowerów i ich przemyślanego użytkowania. Dodatkowo odbędą się spotkania otwarte ze specjalistami i badaczami z branży rowerowej, urbanistyki, architektury miejskiej. Podzielą się oni swoim doświadczeniem i ogromną wiedzą. Przybyli goście będą mieli możliwość rozmowy z osobami ze świata zdrowia i kultury, którzy w ciekawy sposób opowiedzą o prowadzeniu zdrowego stylu życia; podejmowaniu ekologicznych i odpowiedzialnych działań w środowisku; zrealizowanych wyzwaniach i pokonywaniu własnych słabości. Finał Fresh Design 2017 i oficjalna obrona powstałych prac odbędzie się 21 maja w Hali Stulecia w ramach Dolnośląskiego Festiwalu Rowerowego. Bardzo ważny punkt zakończenia projektu będzie stanowiła debata, w trakcie której dojdzie do przedstawienia różnorakich stanowisk projektantów oraz działaczy społecznych, ściśle związanych z szerzeniem idei „zielonych” środków transportu miejskiego.
Projekt jest realizowany we współpracy z grupą studentów Wydziału Architektury Politechniki Wrocławskiej oraz profesorami Politechniki Wrocławskiej. Koordynatorami merytorycznymi projektu są dr inż. arch. Anna Bać oraz inż. arch. Piotr Michalski.
Zachęcamy osoby zainteresowane tematyką warsztatów do wzięcia udziału w projekcie i wypełnienia formularza zgłoszeniowego na stronie www.freshdesign.edu.pl.
Organizatorem projektu jest Fundacja Open Mind przy współpracy z CRZ Krzywy Komin. Patronem Honorowym wydarzenia jest Ambasada Królestwa Niderlandów w Warszawie.
Archnet.pl jest patronem medialnym warsztatów projektowych Fresh Design, w ramach stałego partnerstwa z Fundacją Open Mind i CRZ Krzywy Komin
Justyna, Agnieszka i Wojciech to trójka przyjaciół architektów, którzy poznali się podczas studiów. Łączy ich zamiłowanie do piękna, wykonywany zawód, bliskie relacje oraz… wspólna restauracja.
Wojciech i Justyna od wielu lat wspólnie projektują wnętrza najznakomitszych polskich restauracji i hoteli. Alle Gloria, Papu, Polka, Wenzl, Zielnik czy Biała Gęś znane w całej Polsce nie tylko z doskonałej kuchni i nazwiska Magdy Gessler, ale też z wyjątkowego, robiącego ogromne wrażenie wystroju – to ich dzieła. Agnieszka specjalizuje się natomiast w projektowaniu luksusowych wnętrz prywatnych, a do tego uwielbia gotować, wymyślać nowe smaki i eksperymentować w kuchni. Ogromną radość sprawia jej moment, kiedy najbliżsi delektują się tym, co ugotowała. A tych zachwytów jest zawsze bardzo dużo. Marzenie o restauracji towarzyszyło im niemal od momentu poznania się. I rosło w miarę projektowania kolejnych lokali dla znanych restauratorów, które w błyskawicznym tempie zyskiwały sławę i renomę.
– W pewnym momencie wspólnie postanowiliśmy, że będziemy mieć własną restaurację. Ponieważ u nas od pomysłu do realizacji jest krótka droga, staliśmy się właścicielami funkcjonującego już wcześniej klimatycznego lokalu położonego w warszawskiej kamienicy, w której kręcono serial Dom – tłumaczy Justyna Jabłońska.
– Jesteśmy miłośnikami dobrej polskiej kuchni, fascynatami opery oraz patriotami, zdecydowaliśmy więc, że będzie to restauracja polska w pełnym tego słowa znaczeniu – opowiada Wojciech Niewiński. – Naszą restaurację nazwaliśmy Halka – od imienia kobiety, części damskiej garderoby oraz od opery Moniuszki. Nazwa, która ma wiele znaczeń, ale my tak właśnie pojmujemy polską kuchnię, jej różnorodność i wpływy całego świata na jej efekt końcowy.
– Nazwa ta miała też być odzwierciedleniem miłości do jedzenia, delektowania się nim podczas spotkań w gronie przyjaciół i rodziny – zwraca uwagę Justyna. – My Polacy lubimy celebrować posiłki i umiemy docenić ich smak i jakość.
– Od początków istnienia Halki dążymy do takich połączeń, aby gościom restauracji oferować polskie dania w ich nowej, lżejszej, bardziej współczesnej odsłonie, ale w taki sposób, aby nie zatracić ich walorów i tradycji kulinarnej – podkreśla Agnieszka Słowik, która ma decydujący głos w kwestii dań pojawiających się w restauracji. – Cały czas poszukujemy nowych smaków, jednak mamy kilka dań sztandarowych od zawsze. Takimi są: baba ziemniaczana, sałaty „Błękitna Halka” i „Nasza ulubiona” z drobiowymi wątróbkami, barszcz czerwony na prawdziwym zakwasie, żurek oraz polędwiczki wieprzowe na carpaccio z buraka. Niektóre pozycje w menu są od początku hitem, np. pierogi. Sezonowo zmieniamy ich smaki, ale ruskie z miętą, ze szpinakiem oraz z mięsem są naszą sprawdzoną bazą. Teraz wprowadzamy do regularnej karty pierogi z mięsem z bażanta.
Jak sami przyznają, najważniejsi są dla nich goście Halki, bo to oni decydują, co restauracja wprowadza do regularnej karty oraz menu z daniami sezonowymi.
– Słuchamy ich opinii i pracujemy, aby stawać się coraz lepszymi właśnie dla nich – zwraca uwagę Agnieszka Słowik. – I ludzie to doceniają. Nasza restauracja otrzymuje wiele nagród, które przyznawane są na podstawie opinii gości, co nas bardzo cieszy i motywuje do tego, aby w Halce było jeszcze smaczniej.
Mówią, że wnętrza restauracji są zaprojektowane tak, jak dania w niej serwowane. Są polskie, klasyczne, czego przykładem jest elegancka Sala Talerzowa, ale też nowocześniejsze jak Sala Ogrodowa.
– Lubimy zarówno we wnętrzach, jak i w kuchni naturalne produkty. Stąd pojawia się drewno w różnych odsłonach. Od wielkiego wyciosanego pnia, przez panele szczotkowane na filarach po frezowane tralki w kredensie– wyjaśnia Justyna. – Zależy nam, aby goście Halki czuli się specjalnie i wyjątkowo, ale też swobodnie. Lubimy być blisko natury zarówno w kuchni, jak i w projektowaniu. Tworzymy wnętrza, które mają być tłem dla celebracji wspólnych posiłków i taką restauracją jest Halka.
Przeglądając strony w poszukiwaniu mebli do aranżacji trafiłam na meble, które posiadają duszę. Niektórzy projektanci także zauważają ją w starych meblach i dają im drugie życie. Stare meble otrzymują nową funkcję, różną od pierwotnej, ale dającą im szansę zaistnieć w obecnych przestrzeniach.
Często patrząc na meble, porcelanę, książki na targach staroci zastanawiam się jaką kryją historię, bo przecież służyły swym właścicielom i były niemymi świadkami ich życia. Teraz niektórzy dają im drugą szansę, aby, może w innej formie, a zapewne o odmiennej funkcji, cieszyły następne pokolenia, nowych właścicieli. Ich historia pisana jest dalej.
źródło: manoteca.com
Drzwi drewniane zmieniają się w blat stołu dla ośmiu osób. Po otwarciu staje się biurkiem. Zobaczcie sami.
źródło: manoteca.com
źródło: manoteca.com
Zawiasy i zamek drzwi są autentyczne. Żadna część drzwi nie została zmodyfikowana.
Nawet takie elementy wyposażenia jak skrzynki, mogą stać się ciekawym meblem. Choćby sekretarzykiem.
Animiacja / źródło: manoteca.com
źródło: manoteca.com
Skrzynie „dostały nóg” i już nie leżą na strychu, a przechowują nasze skarby.
źródło: manoteca.com
źródło: manoteca.com
Projekty te są dziełem włoskiej pracowni – laboratorium Monoteca, w którym stare porzucone rzeczy odzyskują świetność. Ich twórca lubi myśleć, że każdy element niesie ze sobą czyjeś życie i ma nadzieję, że każdy, kto zostaje następnym ich właścicielem będzie o tym pamiętał i sprzęty będą dobrze traktowane.
źródło: manoteca.com
Jeszcze jedne mebel, w tym przypadku stół stolarski staje się stołem ze zlewem kuchennym, który doda wnętrzu charakteru.
źródło: manoteca.com
Projektantów, którzy wsłuchują się w duszę przedmiotów jest oczywiście więcej, znajdziemy ich także wśród polskich designerów.
źódło: niziointerior.pl
Fotel kinowy otrzymał drugie życie od architekta Mirosława Nizio, znanego głównie z projektów przestrzeni publicznych: muzeów, ekspozycji historycznych, wystaw, pomników pamięci, scenografii. Współtworzył i zrealizował wystawę główną Muzeum Powstania Warszawskiego, które jest najczęściej odwiedzaną instytucją kulturalną w Polsce.
Jak widać oprócz tworzenia dużych form potrafi pochylić się nad mniejszą formą, jaką jest chociażby fotel.
źródło: Niziointerior.pl
Siedzisko wraz z oparciem otrzymało nową konstrukcję nośną, która została odważnie wykonana z hartowanego szkła. Dzięki wykorzystaniu tego transparentnego materiału uzyskano wrażenie lekkości.
Wszystkie te przedmioty stają się jedynymi w swoim rodzaju i niepowtarzalnymi przedmiotami użytkowymi. Stare meble mają duszę, trzeba tylko chcieć nadać im nowego blasku.
Polacy znudzeni ofertą salonów z wyposażeniem wnętrz wykorzystują własną inwencję bądź inspirują się pomysłami z sieci i odnawiają stare przedmioty lub ze starych robią zupełnie nowe. Wszystko jest kwestią wyobraźni i wyczucia gustu. Unikalne meble z duszą można kupić na popularnych serwisach aukcyjnych, a nawet znaleźć na śmietniku, a paleta pomysłów jest wręcz nieograniczona. Stare szafki, komody czy fotele można pomalować, wymienić im obicia i uchwyty, a z niepotrzebnych desek zrobić półki czy kanapy.
Każdy właściciel chce, żeby jego mieszkanie było urządzone stylowo i oryginalnie. Często jednak niebanalny wystrój wiąże się z dużymi kosztami. By zaoszczędzić, a nie stracić na wyjątkowości, warto postawić na renowację mebli sprzed lat i metodę „Do it yourself” (DIY).
– Myślę, że w Polsce możemy już mówić o takim trendzie na renowację mebli. Polacy są bardziej świadomi, znudził im się bardzo powszechny skandynawski design czy sklejkowe meble za grosze i chcą trochę bardziej wyrazić siebie poprzez wnętrza – mówi agencji Newseria Lifestyle Maria Szymańska, DIY Platform Manager, DaWanda.pl.
Przy renowacji mebli czasem wystarcz naprawdę niewiele, by zyskały one nowe oblicze i zachwycały. Najważniejsze jest to, aby jak najmocniej podkreślić i wyeksponować urok starych stylowych komód, stolików czy foteli.
– Wydaje mi się, że renowacja mebli to po prostu najtańsza opcja na posiadanie pięknych rzeczy w domu. Bo wystarczy szafeczkę po babci nieco odmalować, wymienić uchwyty albo wypastować i mamy piękny ponadczasowy mebel, który, jeżeli zestawimy z nowoczesnymi rzeczami, dodatkami, lampami wygląda bardzo współcześnie, a możemy też po prostu robić kalkę danej epoki – mówi Maria Szymańska.
Choć jeśli chodzi o meble DIY wciąż najpopularniejszy jest trend shabby chic, to z czasem na rynku pojawia się coraz więcej inspiracji.
– Teraz jest dosyć spory nacisk na kolory, bo shabby – wiadomo, opiera się głównie na białym, a teraz zaczyna się już trochę wchodzić w takie żywe kolory typu żółty, zielony, niebieski, które fajnie podkreślają charakter pomieszczenia. Może być na przykład dosyć stonowane wnętrze, a jedna taka perełeczka zrobiona na wysoki połysk. Jeżeli coś ma ładny kształt, to się obroni nawet w jaskrawo zielonym – mówi Maria Szymańska.
Unikatowe meble do renowacji można znaleźć na strychach dziadków, kupić poprzez internet, a nawet znaleźć na śmietniku. W majsterkowaniu, ozdabianiu mebli, tworzeniu dekoracji czy szyciu firan wiele osób odnajduje swoją pasję. Zamiast wyrzucać stare przedmioty, dają im nowe życie.
– Wydaje mi się, że po prostu trzeba mieć oko. Na różnych portalach ludzie wystawiają fajne używane rzeczy, na śmietniku można znaleźć naprawdę perełeczki z lat 50. Ktoś uważa, że są nieefektowne i są śmieciami, a my widzimy w nich potencjał. To jest chyba najfajniejsza opcja, bo jest po prostu najtańsza – mówi Maria Szymańska.
Bazą mogą być przeróżne materiały – na pierwszy rzut oka nawet całkiem nieprzydatne i mało efektowne.
– Ze starych paneli podłogowych można na przykład zrobić półkę, dodać ładne sznurki kolorowe i to już może fajnie wyglądać. Jeden z najpopularniejszych produktów, który ostatnio był używany do produkcji mebli, to palety. Są one bardzo wdzięczne, wystarczy dodać kółka, wypolerować, położyć szkło i mamy fajny stolik. Skrzynki, które też ciągle gdzieś widzę, też są fajne. Nawet nie trzeba z nimi wiele robić, jak jest ładne drewno wystarczy trochę wypolerować i wystarczy. Jeżeli mamy takie plastry, przekrój pnia, wystarczy dodać nóżki i już mamy taboret – mówi Maria Szymańska.
Aby ułatwić sobie prace, można sięgnąć po tutoriale lub filmy video nagrane specjalnie dla fanów handmade. Nie potrzeba też wielu narządzi. Wystarczy wiertarka z szeroką końcówką, na którą się nakłada papiery ścierne.
– Możemy też skorzystać z bardzo popularnych teraz specjalnych miejsc, do których możemy sobie wpaść na godzinę i wykorzystać dostępne tam narzędzia. Poza tym zawsze jest tam ktoś, kto pomoże – mówi Maria Szymańska.
Z twierdzeniem, że mała powierzchnia wystarczy by spełnić wielkie marzenia, zgodzi się ze mną z pewnością każdy kto kupił swoje pierwsze mieszkanie. Pod warunkiem oczywiście, że nie wzbogacił się nagle dziedzicząc fortunę lub nie jest na przykład księżniczką. Ja w każdym razie, będąc pod wrażeniem pewnego projektu i jego realizacji, podzielę się z Wami pewną historią.
Mniej więcej 3 lata temu intensywnie rozglądaliśmy się z żoną po dalmatyńskim wybrzeżu w celu znalezienia starej chaty lub małej kamieniczki w pewnej urokliwej miejscowości. Jej nazwę pozostawię dla siebie ponieważ miasteczko jest prze-urokliwe, a w sezonie odwiedza je stosunkowo nie dużo turystów. Chciałbym by pozostało tak na zawsze. W każdym razie, jest tam do tej pory, choć z roku na rok coraz mniej, trochę starych opuszczonych domów. Jednak kupić coś nie jest prosto. Problem w tym, że jak zwykle bywa, również i w tym wypadku pojawia się jakieś ale… No właśnie. Albo ceny, o których nam opowiadano pochodziły z bliżej nieokreślonych okolic kosmosu. Albo też, kamieniczka była w takim stanie, że jej remont pochłonąłby bajońskie sumy. Czyli w zasadzie też kosmos.
My jednak nie chcieliśmy tak łatwo odpuścić. Pojechaliśmy tam zimą, gdy tempo życia jest jeszcze wolniejsze. Zleciliśmy agencji nieruchomości znalezienia czegoś co spełnia nasze kryteria. Nie wiele tego było i łatwo się poddali. W ofercie mieli w zasadzie wyłącznie nowe działki lub kamieniczki w innych miejscowościach. Pewnego dnia, trochę przypadkiem trafiliśmy na małą uliczkę niedaleko domu, w którym zwykle mieszkamy. Uliczka prowadzi donikąd, więc wcześniej tędy nie chodziliśmy. To co na niej zobaczyliśmy natchnęło nas zupełnie nową myślą. Oprócz zwykłych domów znajdowały się na niej dwa małe zabudowania gospodarcze, oba w układzie – mały warsztat na dole, na górze pomieszczenie do przetrzymywania paszy lub bardzo rzadko używanych przedmiotów. Jeden z dwóch bliźniaczych budyneczków był pomysłowo przerobiony na wakacyjny domek (może raczej domeczek). Na zdjęciu tego być może nie widać, ale uwierzcie – na dole mogły zmieścić się najwyżej kuchnia z łazienka, na górze wyłącznie sypiania. Wszystko.
Uznaliśmy, że skoro nie stać nas na remont starej kamieniczki, a budowa czegoś zupełnie nowego nie wchodzi w grę, między innymi ze względu na kwestie budżetowe choć nie wyłącznie. Powinniśmy poszukać czegoś w tym stylu. Przy wieczornym winie zwierzyliśmy się z naszego problemu lokalnemu cwaniakowi, który nazajutrz zaproponował nam swoją nieruchomość.
Na zdjęciu widać w zasadzie całą działkę. Uznałem wówczas, że to jednak trochę za mało i trochę za drogo. Dziś już tak nie myślę. Szczególnie gdy znalazłem przypadkiem w internecie te zdjęcia. Przyznam, że jestem zachwycony.
Maleńki domek o powierzchni użytkowej nieco ponad 55 m2, a zabudowy niecałe 30 m2 zaprojektował Japończyk Kentaro Nagasaka. Mimo, iż powstał na miniaturowej trójkątnej działce jest wpełni funkcjonalny. Co prawda dla niewielkiej trzyosobowej rodziny, lecz przecież jest to dziś model dominujący.
Na parterze znajduje się sypialnia oraz łazienka, na pierwszym piętrze – salon, jadalnia, kuchnia oraz dodatkowy pokój.
Strefa dzienna jest oświetlona przez duże okna, co zwiększa poczucie przestrzeni.
Na górze znalazło się jeszcze coś w rodzaju poddasza czy antresoli, która ma służyć rożnym celom domowników. Umówmy się, w określonych okolicznościach można położyć tam gromadkę gości, jeśli tylko zgodzą się na spanie pokotem.
Taki dom zmieściłby się na trawniku przed moją klatką, cóż za genialnie wykorzystanie powierzchni. Nie ukrywam, że nie mogę wyjść z zachwytu.
Gdybym miał zmienić się w „Wujka dobrą radę”, wszystkim którzy mają marzenia związane z jakimś ulubionym wakacyjnym miejscem, powiedziałbym kupujcie zrujnowany garaż lub nawet ławkę w parku – jeśli ktoś będzie chciał ją sprzedać. Jeśli jesteście na tyle odważni by marzyć o takim miejscu, znajdzie się architekt, który wymyśli co z tym zrobić. Zapewniam, że jeśli będzie wystarczająco otwarty zrobi to z przyjemnością. Majątku na tym nie zrobi ale wykaże się kreatywnością, co jak widać ma ogromne znaczenie w tej branży.
A użytkownicy? No cóż jeśli potrafią mieszkać w bloku na tych trzydziestu paru metrach, dodatkowe kilkanaście metrów we własnym domu. Nawet gdyby miał sięgać od płotu sąsiada do krawężnika, nie powinno stanowić problemu.
Prace Ekateriny Panikanowej to świetna sztuka i ciekawa propozycja na ponowne wykorzystanie starych książek. Kiedyś cieszyły, były potrzebne do nauki, teraz zalegają w piwnicach lub, o zgrozo, na śmietnikach. Artystka tworzy z nich dzieła sztuki, i moim zdaniem, podsuwa ciekawy. Nie namawiam do kopiowania jej dzieł, ale przyznacie sami, to tani i niezwykle ciekawy pomysł na oryginalny element wystroju wnętrza.
Ekaterina Panikanowa, urodziła się w Petersburgu w 1975 roku, obecnie mieszka i pracuje w Rzymie i Petersburgu. W wieku zaledwie 5 lat wzięła udział w swojej pierwszej wystawie w Muzeum Ermitaż w Petersburgu. Studiowała w Szkole Muzeum Sztuki Ermitaż w Petersburgu. W 2001 roku, ukończyła malarstwo Monumetale w pracowni profesora Andrzeja Milnikowa. W 2006 roku założyła z innymi artystami grupę młodych artystów rosyjskich „POLYREALISM”.
Na początku tego roku zaprezentowała cykl „Un, due, tre, fuoco”, do stworzenia której wykorzystała stare książki, czasopisma szkolne i plakaty znalezione na pchlich targach. Jak sama twierdzi, jej projekty przywołują świat dzieciństwa. W swych działaniach artystycznych nie ustaje w wysiłku by znaleźć najgłębsze i najbardziej intymne uczucia człowieka. Pozostawmy jednak filozoficzne dywagacje artystki, koncentrując się na tym co rzeczywiście widać.
Reaguję dość alergicznie na filozoficzne wywody artystów sztuk wizualnych, pod tytułem co autor miał na myśli. Wolę oglądać efekty ich pracy niż słuchać opowieści o drugiej – mentalnej – warstwie przekazu. Nie ukrywam jednak, że propozycje Ekateriny (czy też idąc tropem wymowy jej rosyjskiego imienia, Jekateriny) bardzo mi się podobają z kilku powodów.
Mam słabość do książek i ciekawych sposobów ich ekspozycji we wnętrzach. Postanowiłem więc podzielić się również dzisiejszym odkryciem. Bardzo chciałbym zobaczyć coś podobnego w zrealizowanym wnętrzu, liczę więc, że dzieła Ekateriny będą dla kogoś inspiracją. Inną sprawą jest, że w równym stopniu ucieszył mnie sam pomysł na stare książki.
Dziś rano słyszałem w radiu, w związku z faktem mojej rocznicy urodzin, że jak wszyscy z 21 lipca jestem predestynowany do bycia sknerą. Nie sądzę by cecha ta przypadła mi w udziale, choć może właśnie z tego powodu podobają mi się ciekawe pomysły na ponowne wykorzystanie różnych przedmiotów.
W archnet.pl publikowane były już teksty o drugim życiu budynków i starych mebli. Myślę więc, że tym wpisem dołożę swoją cegiełkę do skądinąd ciekawego trendu.
Gdy byłem studentem uniwersytetu zdarzało mi się zabierać z biblioteki książki przeznaczone do utylizacji. Tak, tak, kiedy piszę „Zabierać” nie mam na myśli eufemizmu do „Kraść”. Faktycznie w bibliotekach wydziałowych zdarzały się akcje tego typu co jakiś czas. Inna sprawa, że zwykle intelektualna moc tych dzieł była mizerna. Na marginesie dodam, że często były to publikacje pracowników naukowych. Zdarzały się także i przyzwoite pozycje.
W każdym razie takich zbieraczy, jak ja wówczas, pewnie jest na pęczki. Często ci zbieracze poźniej pozbywają się części swoich zbiorów. Na pchlich targach, ulicznych straganach, bibliotecznych wystawkach nikomu niepotrzebnych książek są tysiące. Na uczelniach zaś są setki zdolnych studentów sztuk pięknych. Łącząc te dwa fakty można stworzyć coś naprawdę niezwykłego do każdego w zasadzie wnętrza. I co ważne, skoro jesteśmy przy temacie odzyskiwania, przy tym stosunkowo taniego. Choć w równym stopniu kibicowałbym pracowni, która wzięłaby się za to komercyjnie.
Zobaczcie sami; kompozycja z książek, na nich rysunek (technika podejrzewam dowolna), do tego rama. I mam coś tak fantastycznego. W równym stopniu może zdobić mieszkanie bibliofila jak i kogoś chcącego jedynie zaznaczyć, iż zdaje sobie sprawę z faktu istnienia książek. Będzie dobrze wyglądać w lofcie, we wnętrzu rustykalnym, eklektycznym czy minimalistycznym. Wystarczy odpowiednio dobrać rysunek i ramę. Wykonane na zamówienie, będzie bardzo osobistym akcentem we wnętrzu.
Dagmara Jakubczak – miłośniczka designu, trendseterka, projektantka wnętrz i historyk sztuki pisze o najgorętszym livestylowym trendzie i obowiązującej w tym roku modzie we wnętrzach. Swoje obserwacje pokazuje na przykładach mebli Adriana Furniture.
Trendy na ten rok są jasne i wyraźne – ma być swojsko. Dobrze i wygodnie. Czas na głęboki oddech, ucieczkę od codziennego stresu i krwawych doniesień medialnych.
Co to znaczy przyjazny dom?
Sformułowanie „swojskie klimaty” może brzmieć nieco przaśnie, pewnie lepiej brzmi hygge, ale nie szkodzi. Ważne jest co taki trend ze sobą niesie; na przykład to, żeby sobie odpuścić i przestać się przejmować całym złem tego świata, poluzować krawat i założyć kapcie. Lepiej w zamian stworzyć sobie kokon w stylu dowolnym, otaczając się rzeczami przynoszącymi komfort. I tu – dobra wiadomość: mile widziane są niedoskonałości.
Niedoskonałości, ale tylko pozorne
Mając na myśli odstępstwa od perfekcji, nie mówimy absolutnie o tanich materiałach, słabej jakości i tymczasowych rozwiązaniach (według ekspertów, DIY powoli odchodzi do lamusa). Nie chodzi też o niedokładność wykonania.
Jakość ma być tip-top, ale nie onieśmielać
Nie wywoływać obaw, że najmniejsze użycie przedmiotu spowoduje jego zniszczenie, a na pewno rysy na nieskazitelnym wizerunku pielęgnowanym za szybą kredensu, z którego serwis obiadowy – oczywiście biały – wyjmowany jest tylko na chrzciny i Wigilię. W tym roku mamy wręcz obowiązek podarować sobie tę obiecywaną od dawna odrobinę luksusu i bez skrupułów korzystać z najlepszych dostępnych przedmiotów/projektów. Wykonanych najlepiej, ale ze śladem działalności ludzkiej ręki, która się do ich powstania przyczyniła.
Powraca bowiem szacunek dla pracy mistrzów w swoim zawodzie – ludzi, którzy mają wiedzę w temacie, rzemieślników-artystów. A rzeczone „niedoskonałości” to elementy dotychczas ukrywane, by nie zakłóciły perfekcyjnej formy pod linijkę i spod tak zwanej sztancy, co oznaczało, że jeśli naczynia, to nieskazitelne, o blasku i gładkości porcelany, jeśli kuchnia, to na wysoki połyski, a jeśli meble, to pokryte idealną tapicerką, ze starannie schowanymi suwakami, łączeniami, szwami. Koniec z tym!
I tu dochodzimy do clou programu
W moim raporcie o trendach na 2017 rok zamieściłam między innymi opinię ekspertów z amerykańskiego Elle Decor, według których absolutnie passé są pomieszczenia gładkie i jednowymiarowe. Zdaniem magazynu, rok 2017 jest czasem faktur i tekstur, grubych splotów i szwów, ułożonych warstwowo tkanin, nie zaś powierzchni jak lustro, lśniących i zimnych.
Dotyczy to także mebli
Nie byłabym sobą, gdybym nie poszukała konkretnych rozwiązań, wychodząc poza sferę teorii. Bo mówić można wiele, ale najważniejsze są dostępne propozycje. Wybrałam więc przykłady projektów, w których pierwsze skrzypce grają detale, a dokładnie szwy. Co więcej, postawiłam na kanapy i sofy, bo te najbardziej kojarzą się z wypoczynkiem i ucieczką od codziennego pędu. To „czas relaksu, relaksu, relaksu to czas”, jak śpiewali Andrzej i Eliza. A raczej – Adriana, bo właśnie z kolekcji Adriana Furniture pochodzą niżej pokazane modele.
Specjalnie szukałam odpowiedniej oferty na polskim rynku, by była w zasięgu ręki. Inne marki, które spełniają moje oczekiwania w zakresie tej stylistyki, już bowiem takie dostępne nie są. Wymieńmy choćby Roche Bobois, Ligne Roset czy klasykę-ikonę, czyli kolekcję „Utrecht” Gerrita Rietvelda z 1935 roku. Wszystkie te meble przetestowałam, więc wiem, co mówię.
System modułowy „LeNoir” (Linia Contempo)
Fotel Utrecht na targach kolekcjonerskich BRAFA w Brukseli pic. FORelements
Ekspozycja Roche Bobois na targach iSaloni w Mediolanie pic. FORelements
Arezzo
Ekspozycja Ligne Roset w Harrods podczas London Design Festival pic. FORelements
Sofa Ferrara (Linia Basic) – Adriana
Skoro więc rok 2017 ma być czasem łamania sztywnych konwencji, odważmy się na to, przewrotnie stosując rosyjską wojskową zasadę „ruki po szwam”. Tyle tylko, że w naszym wypadku nie oznacza to postawy zasadniczej z wyprężeniem się na baczność jak struna, a postawę wręcz à rebours, czyli relaksacyjne gładzenie szwów, do tej pory uznawanych właśnie za niedoskonałość.
Tymczasem teraz, w erze hygge, grubych splotów i trzaskających drew w kominku, widoczne szwy nabierają uroku i ocieplają charakter pomieszczenia, aby – zgodnie z trendami – było przyjazne i bezpieczne. Co więcej, meblom wykonanym fabrycznie nadają uroku, zdejmują z nich to wrażenie seryjności. Ergo: kanapa ze sklepu staje się wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju. Szwy są właśnie tym pożądanym echem „hand made”.
Szwy, przeszycia, obszycia…
Szew szwowi nierówny, i bardzo dobrze, ponieważ daje to spore możliwości wyboru.
Mam nadzieję, że grube szwy na dobre zagoszczą w domach; bardzo lubię ten styl. Bo dom ma być do mieszkania, a podziwianie idealnych jak spod igiełki (nomen omen) ekspozycji zostawmy sobie na czas zwiedzania muzeów i targów. Wystarczy. Głęboki oddech.
Miłość jest uczuciem, które potrafi inspirować i dawać energię do działania. Chociaż czasem kończy się boleśnie, to jeśli jest prawdziwa, jest w stanie przetrwać, pomimo że nie ma już obok nas ukochanej osoby. Ta historia zdarzyła się naprawdę…
fot. Verdi
Carlos Vera Dieppa był przesiąknięty zapachem kumare – rośliny spotykanej wyłącznie na plantacjach położonych w kolumbijskich okolicach Amazonki. Z jej włókien od 1997 roku wytwarza się tradycyjnymi metodami przędzę, z której następnie ręcznie tkane są niepowtarzalne dywany. Początkowo produkowane były pod marką Kumare, a dziś znane są jako Verdi. Wiąże się z nimi piękna, a jednocześnie bolesna historia.
fot. Verdi
Zapach kumare przez wiele lat był dla Carlosa nie tylko codzienną dawką inspiracji, ale też przywoływał wspomnienia o utraconej miłości życia. Silvia Pérez była zdolną i zachwycająco piękną kobietą. Wykonywała przędzę pionierskimi metodami, a następnie tkała z nich artystyczne zasłony. Carlos poznał ją na pewnym przyjęciu i od pierwszej chwili wzbudziła jego zachwyt. Silvia nie odwzajemniła wówczas jego zainteresowania, dopiero ponowne spotkanie po roku zaowocowało uczuciem. Od tego momentu byli już nierozłączni.
– Silvia miała włókiennictwo we krwi i zaraziła mnie swoją pasją – zwykł mawiać Carlos Vera Dieppa. Pewnego dnia wpadł na pomysł by z wykonywanej przez nią przędzy tkać nie tylko zasłony, ale również dywany. Dzięki Silvii odkrył drzemiącą w nim artystyczną naturę, chociaż wcześniej zajmował się biznesem: administracją, hotelarstwem i turystyką, lotnictwem, a nawet kinematografią. Przy boku ukochanej i z jej dużą pomocą własnoręcznie wykonał dwa pierwsze autorskie dywany. Ich miłość trwała jednak bardzo krótko. Zaledwie dwa lata po ślubie Silvia zmarła na atak serca podczas ich wspólnej podróży do Afryki. Miała 35 lat.
fot. Verdi
Carlos Vera Dieppa, pomimo dużego bólu po stracie ukochanej, postanowił kontynuować to, co wspólnie rozpoczęli. Był to jego sposób na podtrzymanie miłości do żony przy życiu – robić to, co było jej pasją i w czym była najlepsza. Kiedy Silvia odeszła, całą swoją miłość przelał na pracę. Takie były też jego dywany, tkane z ogromnym oddaniem i zaangażowaniem, z myślą o ukochanej.
fot. Verdi
fot. Verdi
Z czasem zaczął poszukiwać włókien, które współgrałyby z japońskim splotem tatami, a jednocześnie były odpowiednio miękkie i przyjemne w dotyku. Opracował specjalne ręczne krosna, pozwalające na tkanie dywanów według jego autorskiej koncepcji. Założył firmę o nazwie Kumare, nawiązującej do wciąż żywego wspomnienia o Silvii oraz przędzy, od której wszystko się zaczęło. Dywany Carlosa cieszyły się coraz większym uznaniem wśród konsumentów. Tworzył niepowtarzalne, indywidualne projekty, do których wykorzystywał włókna kumare, platanów i trzciny totoro rosnących w Kolumbii. Przędzę wykonywała i ręcznie barwiła na żywe kolory miejscowa ludność. Po udoskonaleniu techniki tkackiej rozpoczął eksperymenty polegające na łączeniu naturalnych włókien z nićmi takich metali, jak miedź i cyna. Dzięki temu uzyskał wyjątkowe sploty, które szybko stały się znakiem rozpoznawczym jego dywanów. Carlos Vera Dieppa zmarł w 2010 roku, a manufakturę przejęły dzieci. Na jego cześć stworzyły markę Verdi (od nazwiska Vera Dieppa), która z sukcesem podbija świat designu. W Polsce wyłącznym dystrybutorem tej marki jest firma Design Tone.
Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.